Wybaczcie mi, ale nie potrafię się jakoś skupić na pisaniu Dagmary.
Po pielgrzymce dużo się we mnie zmieniło i nie umiem się zmotywować. Do tworzenia amor-capricho.blogspot.com/ popycha mnie myśl, że nie mogę zawieść Moniiki.
Opowiem Wam dalsze losy Dagmary, ale nie obiecuję, że kiedyś je spisze, daję tylko nikłą nadzieję, że tak będzie.
Więc, po Euro Dagmara wyjechała do Barcelony, a Javier do Bilbao. Bardzo modliła się, żeby chociaż nie grał dla FC Barcelony, bo o ile Jordiego w kicie Barcy przeżyje, tak z Javim nie da rady.
Jej brat - Rafael, oczywiście dostał się do wymarzonego liceum po interwencji Bartry. Zamieszkali wszyscy razem: Dagmara, Rafael, Vazquez, Tello, Bartra i Alba.
Dagmara wróciła do treningów z RCD Espanyolem i zaocznie zaczęła studiować wychowanie fizyczne. Z Javierem spotykała się co weekend. Raz on przyjeżdżał do Barcelony, raz ona jeździła do Bilbao.
Trwało to rok. Co dalej? Nie wiem, ale na pewno żyli długo i szczęśliwie, bo Javi to właśnie TEN ;)
Buziaczki, znajdziecie mnie na amor-capricho.blogspot.com/
14. Przepraszam, panie trenerze.
Mata, Reina i Pedro chodzili za mną cały wieczorny trening i błagali, żebym zabrała ich do klubu. Na szczęście Pique i Fabregas sobie odpuścili. Szkoda, że nie ci, ale to i tak nic nie zmieniało, bo byłam nieugięta.
-Chłopcy! - zawołał trener. - Dziś jecie grzecznie kolacje i spać. Żadnych gier - spojrzał na Torresa z Fabregasem. - I gierek - następnie na Casillasa i Reinę. - Spać, bo mamy przed sobą ciężkie spotkanie! Zrozumiano?
-Tak - pokiwali głowami i powlekli się do szatni.
-Chodź - usiadłam z trenerem na ławce i spojrzeliśmy na trybuny stadionu przed nami. PGE Arena, piękna budowla. Narodowego nie przebije, bo to "mój" stadion, ale i tak zapiera dech w piersiach. - Twoje zadanie na jutro jest proste - zaczął trener. - Będziesz znajdować się w strefie mieszanej. Piłkarze jeśli zechcą będą rozmawiać z dziennikarzami hiszpańskimi, ale mogą zjawić się też inni. Wszyscy powinni mówić po angielsku, ale nie wszyscy piłkarze posługują się nim płynnie. Twoje zadanie to tłumaczenie lub zabranie piłkarza jak będziesz widziała, że ma dość, ale mu głupio odejść.
-Dobra - pokiwałam głową.
-Mecz obejrzysz z wysokości trybun. Zejdziesz do strefy pięć minut przed końcem. Pytania?
-Brak - uśmiechnęłam się.
-Dobrze - poklepał mnie po ramieniu. - Żadnych głupot, Dagmara.
Po kolacji udałam się do pokoju Bartry. Wbrew rozkazowi trenera oprócz moich trzech przyjaciół kręcił się tam jeszcze Reina, Pedro i Llorente.
-Daga! - zaczęli piszczeć. Usiadłam na łóżku obok słodko patrzącego na mnie Tello i westchnęłam.
-Marc - zwróciłam się do bruneta. - Zabiorę was do klubu pod jednym warunkiem.
-Jakim? - zaciekawił się.
-Po powrocie do Barcelony powędrujesz do naszego liceum i zrobisz wszystko, żeby mój brat się tam dostał. Złożył podanie o przyjęcie, ale zostanie potraktowany jak każdy zagraniczny uczeń, a jak wiesz tych miejsc jest niewiele. Zależy mu na tej szkole, mnie zależy na jego szczęściu, a wam zależy na fajnie spędzonej nocy, prawda? - zaćwierkałam.
-A czemu nie może iść Cristian albo Alvaro? - oburzył się.
-Ja? - zarechotał Tello. - Po tym jak z Daga rzucałem jej w szyby balonami z farbą? Chyba ocipialeś! Przecież ona nas nienawidzi.
-A co do Rafy to może się nawet nie kapnąć, że to mój brat. Ma jedno nazwisko, inne miejsce urodzenia, inne kluby... - zaczęłam wyliczać.
-Jak mu się uda to może będzie chodził do klasy z moim Raulem - uśmiechnął się Alvaro.
-Zgoda - jęknął Marc. - Pójdę i posłodzę dyrektorce. A teraz idziemy do klubu! - zatarł dłonie.
-Weźcie kogo chcecie - westchnęłam. - Ale po cichu, bo trener nas zabije.
-Spoko - pokiwali głowami i się ulotnili.
Nie wierzyłam, że to robię... Nie wierzyłam też w to co widziałam w lustro. Z bólem przyznaję się do posiadania pary szpilek... Louboutiny, które dostałam od babci na osiemnastke. Nie chciałam ich, nigdy wcześniej nie miałam butów na obsasie, ale te... Te okazały się wygodne, piękne i przede wszystkim czułam sie w nich zajebiście. Znalazłam też sukienkę, torebkę od Chanel (moja jedyna elegancka torebka) i apaszkę od Alexandra McQueena. Generalnie nie lubię chodzić w takich ciuchach, nie czuję się w nich pełni sobą, ale nie da się zaprzeczyć, że jestem kobietą. Lubię, gdy faceci wodzą za mną wzrokiem. Nie lubię babskich ciuchów, a jedyne jakie mam są kosmicznie drogie i wiem, że będę je mieć aż do ich śmierci, co może nastapić wiele lat po mnie.
Wyszłam do tego przeklętego klubu z Vazquezem, Tello, Bartą, Llorente, Matą, Pedro i Reiną. Wyjść z hotelu nie było trudno. Aż się sama zdziwiłam, że tak łatwo poszło. Powędrowaliśmy do dosyc znanego klubu i chłopcy poszli w tango. Za moją eskotrę postanowił robić Tello.
-Daga, przyznaj się - mruknął sącząc niebieskiego drinka przez słomkę.
-Do czego? - patrzyłam jak Llorente wymachuje rękami i nawet zgrabnie podryguje przy barze.
-O czym teraz myślisz? - spytał. Spojrzałam mu w oczy.
-O Javierze - powiedziałam i sama byłam zaskoczona tym faktem.
-Czemu go nie wzięłaś? - podrapał sie po nosie.
-Bo nie chciałam go narażać - szepnęłam, a Tello się uśmiechnął. - Chronię go... - mruknęłam sama do siebie. - Boże... - jęknęłam.
-Zależy ci? - pochylił się do mnie.
-Tak - pokiwałam głową. - Miało nie być już nigdy żadnego piłkarza! - zacisnęłam pięści. - Cristian, ale on ma w sobie coś co sprawia, że nie mogę o nim nie myśleć. Chce mi się do niego, lubię jak mnie dotyka, jak na mnie patrzy, sposób w jaki się uśmiecha...
-Daj się temu porwać, bądź szczęśliwa, Daga! - poklepał mnie po ręku. - Może to ten?
-Może ten... - westchnęłam.
Przed świtem zawinęliśmy się do hotelu. O ile wyjść to był pikuś to wejść już nie bardzo... Ochronę przebrnęliśmy, już mieliśmy wsiadać do windy...
-Stójcie - usłyszałam za sobą i momentalnie zrobiło mi się zimno. - Zapraszam za mną - powiedział trener i zaprowadził nas do sali konferencyjnej. Usiadł na skórzanym fotelu i patarł dłonią swoje wąsy. Po długiej chwili spojrzał na nas. - Llorente, Mata, Reina, Pedro... Nie zagracie w dzisiejszym meczu, jak jeszcze raz nie wykonacie mojego polecenia wrócicie do domu. Po odesłaniu do Hiszpanii czterech zawodników z podowów dyscyplinarnych mogą nas zdyskwalifikować. Zrozumiano?
-Tak - pokiwali wszyscy głowami.
-Odejść - machnął dłonią. - Bartra, Tello, Vazquez... Po meczu jedziecie do Barcelony i nie chcę was widzieć już na tym Euro. Jesteście delegatami tylko z tej racji, że sami się nimi zrobiliście. Poinformuję jednak o tym trenera Millę. Spać - im też wskazał drzwi. Gdy wyszli spojrzał na mnie. - Nie ułatwiasz mi, Dagmara - westchnął. - Naprawdę chciałem stosować wobec ciebie system nagradzania, ale nie pozostawiasz mi wyboru...
-Przepraszam, panie trenerze - mruknęłam.
-Czy jesteś jakieś racjonalne wytłumaczenie czemu tak, wydawałoby się, odpowiedzialna i świadoma konsekwencji dziewczyna złamała mój zakaz?
-Jest - kiwnęłam głową.
-Więc, słucham - spojrzał na mnie wyczekująco.
-Mój brat chce dostać się do piłkarskiego liceum w Barcelonie, a jedyną osobą, która może przybliżyć go do spełnienia marzenia jest Bartra. Jednak przysługa za przysługę. On szepnie dyrektorce dobre słowo, ja zabieram ich do klubu - odpowiedziałam.
-Nie spodziewałbym się tego - zakręcił wąsa. - Do siostry prawie się nie odzywasz, burczysz jej, pyskujesz... A tu coś takiego dla brata... Mogę cię za to pozbawić posady.
-Zdaję sobie z tego sprawę.
-Doceniam to, że kochasz brata do tego stopnia... Zachowałaś się skrajnie nieodpowiedzialnie. Naraziłaś czterech piłkarzy, wyszłaś z nimi w miasto bez jakiejkolwiek eskorty w środku nocy do klubu, gdzie mogło ich spotkać dosłownie wszystko... - zamyślił się.
-Mam się już pakować? - burknęłam. Popatrzył na mnie nieco zaskoczony.
-Dam ci dobrą radę... Z tego co się o tobie dowiedziałem od dziecka dążyłaś do celu, nie zważając na to jak wiele wyrzeczeń będziesz musiała się podjąć... Gdzie jest ta twoja wola walki? Jeździłaś przez pół kraju, żeby grać w wymarzonym klubie, wyjechałaś do innego kraju, a potem się poddałaś... Dagmara, nie rób tego, walcz do końca! Nie byle kto jest w stanie zapanować nad hiszpańskimi piłkarzami a tobie się to udaje i to ku zaskoczeniu wszystkich! Więc, jak będzie? Chcesz mi coś powiedzieć?
-Przepraszam, panie trenerze. Swoje osobiste sprawy powinnam załatwiać poza pracą. To się nie powtórzy - wyprostowałam się.
-Wiem o tym... Zostajesz, ale dzisiejszy mecz zobaczysz z telewizorów w strefie mieszanej. Nie masz prawa jej opuścić w trakcie trwania meczu, ale też przed i po. Będziesz tam tak długo aż ostatni piłkarz nie ruszy do autobusu. Zastanowię się też nad tym czy pojedziesz na mecz Polska-Rosja do Warszawy. Zrozumiałaś?
-Tak. Dziękuję i przepraszam - odwróciłam się na pięcie i wyszłam.
Niczym robot maszerowałam korytarzami, aż stanęłam przed pokojem Javiera. Zapukałam i czekałam...
-Dagmara? - otworzył. Był rozczochrany i zaspany. Miał na sobie jedynie czarne bokserki. - Co się stało i czemu masz na sobie sukienkę?
-Jestem głupia - szepnęłam i się do niego przytuliłam. - Idiotka - po policzkach popłynęły mi łzy.
-Skarbie - szybko wziął mnie na ręce, zamknął drzwi i zaniósł na łóżko. - Co się stało? - odgarnął mi włosy z czoła. Opowiedziałam mu co się stało z każdą chwilą płacząc jeszcze bardziej.
-Rozumiesz? - zrzuciłam buty z nóg i oparłam się o zagłówek łóżka. - Prawie stąd wyleciałam, bo nie potrafiłam się opanować! Kocham moje rodzeństwo, wybaczyłam Angelice wszystko, a nikt przy zdrowych zmysłach by tak nie zrobił.
-Daguś - przygarnął mnie do siebie. - Zachowałaś się wspaniale, trener się nie przyzna, ale mu zaimponowałaś - pocałował mnie w czoło. - Rodzina jest dla niego najważniejsza, ale musiał cię nastraszyć i ukarać. Rozumiesz?
-Tak, ale to nie zmienia faktu...
-Słońce - uśmiechnął się. - Zmienia wszystko.
-Javi... - jęknęłam.
-Proponuję ci ściągnąć kieckę, wskoczyć w jakąś moją bluzkę i się tu obok mnie położyć, co?
-Dobra - wstałam zdjęłam sukienkę i nałożyłam coś z jego walizki. Wsunęłam się obok niego, a on mnie objął. - Dziękuję - pocałowałam go w policzek.
-Za co? - zdziwił się.
-Za to, że jesteś... Jaki jesteś... - zamknęłam oczy.
-To ty sprawiasz, że taki jestem - szepnął. - I to ja powinienem ci podziękować.
-Za co? - ziewnęłam.
-Ostatnimi czasy tylko przy tobie potrafię być takim prawdziwym sobą. Chłopaki to chłopaki, ale ty to cos innego.
-Uwielbiam cię - wyszeptałam i usnęłam.
-Chłopcy! - zawołał trener. - Dziś jecie grzecznie kolacje i spać. Żadnych gier - spojrzał na Torresa z Fabregasem. - I gierek - następnie na Casillasa i Reinę. - Spać, bo mamy przed sobą ciężkie spotkanie! Zrozumiano?
-Tak - pokiwali głowami i powlekli się do szatni.
-Chodź - usiadłam z trenerem na ławce i spojrzeliśmy na trybuny stadionu przed nami. PGE Arena, piękna budowla. Narodowego nie przebije, bo to "mój" stadion, ale i tak zapiera dech w piersiach. - Twoje zadanie na jutro jest proste - zaczął trener. - Będziesz znajdować się w strefie mieszanej. Piłkarze jeśli zechcą będą rozmawiać z dziennikarzami hiszpańskimi, ale mogą zjawić się też inni. Wszyscy powinni mówić po angielsku, ale nie wszyscy piłkarze posługują się nim płynnie. Twoje zadanie to tłumaczenie lub zabranie piłkarza jak będziesz widziała, że ma dość, ale mu głupio odejść.
-Dobra - pokiwałam głową.
-Mecz obejrzysz z wysokości trybun. Zejdziesz do strefy pięć minut przed końcem. Pytania?
-Brak - uśmiechnęłam się.
-Dobrze - poklepał mnie po ramieniu. - Żadnych głupot, Dagmara.
Po kolacji udałam się do pokoju Bartry. Wbrew rozkazowi trenera oprócz moich trzech przyjaciół kręcił się tam jeszcze Reina, Pedro i Llorente.
-Daga! - zaczęli piszczeć. Usiadłam na łóżku obok słodko patrzącego na mnie Tello i westchnęłam.
-Marc - zwróciłam się do bruneta. - Zabiorę was do klubu pod jednym warunkiem.
-Jakim? - zaciekawił się.
-Po powrocie do Barcelony powędrujesz do naszego liceum i zrobisz wszystko, żeby mój brat się tam dostał. Złożył podanie o przyjęcie, ale zostanie potraktowany jak każdy zagraniczny uczeń, a jak wiesz tych miejsc jest niewiele. Zależy mu na tej szkole, mnie zależy na jego szczęściu, a wam zależy na fajnie spędzonej nocy, prawda? - zaćwierkałam.
-A czemu nie może iść Cristian albo Alvaro? - oburzył się.
-Ja? - zarechotał Tello. - Po tym jak z Daga rzucałem jej w szyby balonami z farbą? Chyba ocipialeś! Przecież ona nas nienawidzi.
-A co do Rafy to może się nawet nie kapnąć, że to mój brat. Ma jedno nazwisko, inne miejsce urodzenia, inne kluby... - zaczęłam wyliczać.
-Jak mu się uda to może będzie chodził do klasy z moim Raulem - uśmiechnął się Alvaro.
-Zgoda - jęknął Marc. - Pójdę i posłodzę dyrektorce. A teraz idziemy do klubu! - zatarł dłonie.
-Weźcie kogo chcecie - westchnęłam. - Ale po cichu, bo trener nas zabije.
-Spoko - pokiwali głowami i się ulotnili.
Nie wierzyłam, że to robię... Nie wierzyłam też w to co widziałam w lustro. Z bólem przyznaję się do posiadania pary szpilek... Louboutiny, które dostałam od babci na osiemnastke. Nie chciałam ich, nigdy wcześniej nie miałam butów na obsasie, ale te... Te okazały się wygodne, piękne i przede wszystkim czułam sie w nich zajebiście. Znalazłam też sukienkę, torebkę od Chanel (moja jedyna elegancka torebka) i apaszkę od Alexandra McQueena. Generalnie nie lubię chodzić w takich ciuchach, nie czuję się w nich pełni sobą, ale nie da się zaprzeczyć, że jestem kobietą. Lubię, gdy faceci wodzą za mną wzrokiem. Nie lubię babskich ciuchów, a jedyne jakie mam są kosmicznie drogie i wiem, że będę je mieć aż do ich śmierci, co może nastapić wiele lat po mnie.
Wyszłam do tego przeklętego klubu z Vazquezem, Tello, Bartą, Llorente, Matą, Pedro i Reiną. Wyjść z hotelu nie było trudno. Aż się sama zdziwiłam, że tak łatwo poszło. Powędrowaliśmy do dosyc znanego klubu i chłopcy poszli w tango. Za moją eskotrę postanowił robić Tello.
-Daga, przyznaj się - mruknął sącząc niebieskiego drinka przez słomkę.
-Do czego? - patrzyłam jak Llorente wymachuje rękami i nawet zgrabnie podryguje przy barze.
-O czym teraz myślisz? - spytał. Spojrzałam mu w oczy.
-O Javierze - powiedziałam i sama byłam zaskoczona tym faktem.
-Czemu go nie wzięłaś? - podrapał sie po nosie.
-Bo nie chciałam go narażać - szepnęłam, a Tello się uśmiechnął. - Chronię go... - mruknęłam sama do siebie. - Boże... - jęknęłam.
-Zależy ci? - pochylił się do mnie.
-Tak - pokiwałam głową. - Miało nie być już nigdy żadnego piłkarza! - zacisnęłam pięści. - Cristian, ale on ma w sobie coś co sprawia, że nie mogę o nim nie myśleć. Chce mi się do niego, lubię jak mnie dotyka, jak na mnie patrzy, sposób w jaki się uśmiecha...
-Daj się temu porwać, bądź szczęśliwa, Daga! - poklepał mnie po ręku. - Może to ten?
-Może ten... - westchnęłam.
Przed świtem zawinęliśmy się do hotelu. O ile wyjść to był pikuś to wejść już nie bardzo... Ochronę przebrnęliśmy, już mieliśmy wsiadać do windy...
-Stójcie - usłyszałam za sobą i momentalnie zrobiło mi się zimno. - Zapraszam za mną - powiedział trener i zaprowadził nas do sali konferencyjnej. Usiadł na skórzanym fotelu i patarł dłonią swoje wąsy. Po długiej chwili spojrzał na nas. - Llorente, Mata, Reina, Pedro... Nie zagracie w dzisiejszym meczu, jak jeszcze raz nie wykonacie mojego polecenia wrócicie do domu. Po odesłaniu do Hiszpanii czterech zawodników z podowów dyscyplinarnych mogą nas zdyskwalifikować. Zrozumiano?
-Tak - pokiwali wszyscy głowami.
-Odejść - machnął dłonią. - Bartra, Tello, Vazquez... Po meczu jedziecie do Barcelony i nie chcę was widzieć już na tym Euro. Jesteście delegatami tylko z tej racji, że sami się nimi zrobiliście. Poinformuję jednak o tym trenera Millę. Spać - im też wskazał drzwi. Gdy wyszli spojrzał na mnie. - Nie ułatwiasz mi, Dagmara - westchnął. - Naprawdę chciałem stosować wobec ciebie system nagradzania, ale nie pozostawiasz mi wyboru...
-Przepraszam, panie trenerze - mruknęłam.
-Czy jesteś jakieś racjonalne wytłumaczenie czemu tak, wydawałoby się, odpowiedzialna i świadoma konsekwencji dziewczyna złamała mój zakaz?
-Jest - kiwnęłam głową.
-Więc, słucham - spojrzał na mnie wyczekująco.
-Mój brat chce dostać się do piłkarskiego liceum w Barcelonie, a jedyną osobą, która może przybliżyć go do spełnienia marzenia jest Bartra. Jednak przysługa za przysługę. On szepnie dyrektorce dobre słowo, ja zabieram ich do klubu - odpowiedziałam.
-Nie spodziewałbym się tego - zakręcił wąsa. - Do siostry prawie się nie odzywasz, burczysz jej, pyskujesz... A tu coś takiego dla brata... Mogę cię za to pozbawić posady.
-Zdaję sobie z tego sprawę.
-Doceniam to, że kochasz brata do tego stopnia... Zachowałaś się skrajnie nieodpowiedzialnie. Naraziłaś czterech piłkarzy, wyszłaś z nimi w miasto bez jakiejkolwiek eskorty w środku nocy do klubu, gdzie mogło ich spotkać dosłownie wszystko... - zamyślił się.
-Mam się już pakować? - burknęłam. Popatrzył na mnie nieco zaskoczony.
-Dam ci dobrą radę... Z tego co się o tobie dowiedziałem od dziecka dążyłaś do celu, nie zważając na to jak wiele wyrzeczeń będziesz musiała się podjąć... Gdzie jest ta twoja wola walki? Jeździłaś przez pół kraju, żeby grać w wymarzonym klubie, wyjechałaś do innego kraju, a potem się poddałaś... Dagmara, nie rób tego, walcz do końca! Nie byle kto jest w stanie zapanować nad hiszpańskimi piłkarzami a tobie się to udaje i to ku zaskoczeniu wszystkich! Więc, jak będzie? Chcesz mi coś powiedzieć?
-Przepraszam, panie trenerze. Swoje osobiste sprawy powinnam załatwiać poza pracą. To się nie powtórzy - wyprostowałam się.
-Wiem o tym... Zostajesz, ale dzisiejszy mecz zobaczysz z telewizorów w strefie mieszanej. Nie masz prawa jej opuścić w trakcie trwania meczu, ale też przed i po. Będziesz tam tak długo aż ostatni piłkarz nie ruszy do autobusu. Zastanowię się też nad tym czy pojedziesz na mecz Polska-Rosja do Warszawy. Zrozumiałaś?
-Tak. Dziękuję i przepraszam - odwróciłam się na pięcie i wyszłam.
Niczym robot maszerowałam korytarzami, aż stanęłam przed pokojem Javiera. Zapukałam i czekałam...
-Dagmara? - otworzył. Był rozczochrany i zaspany. Miał na sobie jedynie czarne bokserki. - Co się stało i czemu masz na sobie sukienkę?
-Jestem głupia - szepnęłam i się do niego przytuliłam. - Idiotka - po policzkach popłynęły mi łzy.
-Skarbie - szybko wziął mnie na ręce, zamknął drzwi i zaniósł na łóżko. - Co się stało? - odgarnął mi włosy z czoła. Opowiedziałam mu co się stało z każdą chwilą płacząc jeszcze bardziej.
-Rozumiesz? - zrzuciłam buty z nóg i oparłam się o zagłówek łóżka. - Prawie stąd wyleciałam, bo nie potrafiłam się opanować! Kocham moje rodzeństwo, wybaczyłam Angelice wszystko, a nikt przy zdrowych zmysłach by tak nie zrobił.
-Daguś - przygarnął mnie do siebie. - Zachowałaś się wspaniale, trener się nie przyzna, ale mu zaimponowałaś - pocałował mnie w czoło. - Rodzina jest dla niego najważniejsza, ale musiał cię nastraszyć i ukarać. Rozumiesz?
-Tak, ale to nie zmienia faktu...
-Słońce - uśmiechnął się. - Zmienia wszystko.
-Javi... - jęknęłam.
-Proponuję ci ściągnąć kieckę, wskoczyć w jakąś moją bluzkę i się tu obok mnie położyć, co?
-Dobra - wstałam zdjęłam sukienkę i nałożyłam coś z jego walizki. Wsunęłam się obok niego, a on mnie objął. - Dziękuję - pocałowałam go w policzek.
-Za co? - zdziwił się.
-Za to, że jesteś... Jaki jesteś... - zamknęłam oczy.
-To ty sprawiasz, że taki jestem - szepnął. - I to ja powinienem ci podziękować.
-Za co? - ziewnęłam.
-Ostatnimi czasy tylko przy tobie potrafię być takim prawdziwym sobą. Chłopaki to chłopaki, ale ty to cos innego.
-Uwielbiam cię - wyszeptałam i usnęłam.
13. Uwielbiam mieć cię przy sobie.
W Gdańsku, a konkretnie w Hotelu Gdańsk zjawiliśmy się koło południa. Średnio spodobał mi się tłum wokół wejścia, ale Iker gestem przywołał mnie do siebie i nie miałam wyjścia. Chciało się być tłumaczem to teraz trzeba świecić oczami.
-Nie lubię tego - wyszeptałam do kapitana.
-Przyzwyczaisz się - poklepał mnie pocieszająco po plecach.
Wyszliśmy i uśmiechnęłam się niczym gwiazda filmowa. Poprawiłam legitymację na szyi i ruszyłam obok Ikera.
-Witamy serdecznie w naszym hotelu! Miło nam gościć tak wspaniałych gości! - powiedziała blond niewiasta.
-Serio mam ci to tłumaczyć? - mruknęłam.
-Jeśli to było oficjalne powitanie to sobie daruj. Skup się na rzeczach istotnych - poinstruował.
-Kwiatki! - zapiszczał za nami Reina. Piłkarze kręcili się niczym pszczoły w ulu. Kursowali od autokaru do hotelu jakby mieli robaki w dupie!
-Mają nadzieję, że będziemy się tu czuć doskonale - burknęłam z profesjonalnym uśmiechem na ustach.
-Podziękuj i w ogóle - też się uśmiechnął.
-Miś - zaćwierkałam i wskazałam na misia, który właśnie wędrował do rąk Ikera. Kudłaty stwór o kolorze miodu z koszulką, na której było logo hotelu. W rączce dzierżył flagę Hiszpanii.
-Gracia - pokiwał głową i wziął maskotkę.
-Zapraszamy do środka - wskazali drzwi. Przyjęłam to z ulgą. Jednak maszerowałam obok laski, która była Panią Dyrektor i Pana Prezesa. Zakwaterowali nas do pokoi, dali klucze i z ulgą wsiadłam do windy. Chyba po raz pierwszy miałam ze sobą duży plecak, a nie tylko moje maleństwo. W ogóle to swój plecak musiałam zostawić! Trener stwierdził, że to zgrupowanie narodówki, a nie klubu i herb Realu to nie jest najlepszy pomysł, kiedy liczy się neutralność. Więc, mój plecak był granatowo-czerwony z logo Adidasa i herbem Hiszpanii. Wpakowałam do niego trochę ciuchów i zawartość swojego realowego plecaka. Na wszelki wypadek wzięłam też papierosy, kto wie? Może będę ich potrzebować?
Opadłam na swoje łóżko i zsunęłam z nóg buty. Trening miał być wieczorem, potem wolne, a rano lekka rozgrzewka przed meczem. Trochę się denerwowałam tym spotkaniem. Włosi tak łatwo się nie poddadzą.
-Dagmara? - usłyszałam i ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Wstałam i otworzyłam. Na progu stał Javier z bukietem tulipanów... Tych samych, które rozdawali piłkarzom pod hotelem.
-Tak? - wzięłam się pod boki.
-Trochę to trwało i nie ma ich dwudziestu trzech, bo Reina zaczął walczyć z Torresem na kwiatowe mecze... - urwał. - A Arbeloa swojemu uciął głowę w windzie, bo się zagapił - dodał. Szybko przebiegłam bukiet wzrokiem. Nie wiem czy było ich dwadzieścia. - Ale chciałem cię powitać jak trzeba - wyciągnął zza pleców ikerowego miśka, którego dostał przy drzwiach.
-Dziękuję - wzięłam prezenty. - To miłe - wpuściłam go do środka i wstawiłam kwiaty do wazonu na ławie. Usiadł na łóżku, ale jakoś radością nie tryskał. - Javi? - stanęłam przed nim zdziwiona.
-Zmęczony jestem - wzruszył ramionami i posadził mnie na swoich kolanach.
-Muszę ci coś powiedzieć - mruknęłam i zaczęłam wyłamywać palce.
-Co? - położył swoje ręce na moich.
-Nikt nie powinien się dowiedzieć, że się widujemy - wypaliłam. Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Ale czemu? - zdziwił się.
-Znaczy się, nie tak! - pokręciłam głową. - Chodzi mi o to, że trenerowi może się to nie spodobać. Dziewczyny, żony i dzieci piłkarzy nie mogą być na zgrupowaniu, bo piłkarze mają się skupić na swojej grze, a nie laskach. Czaisz? Poza tym chłopaki mogą być źli, że ty masz, a oni nie...
-Rozumiem - pokiwał głową. - Ale jeśli sądzisz, że będę siedział z założonymi rękami i czekał na koniec Euro to się grubo mylisz! - uśmiechnął się szelmowsko. - Uwielbiam mieć cię przy sobie - wyszeptał i pocałował mnie delikatnie.
-Jesteś jedynie moim wypełniaczem czasu na Euro, gdzie przyjechałam zarobić kasę na czymś co jest dla mnie równie naturalne jak oddychanie - powiedziałam pewnie.
-Tak? - syknął i błyskawicznie położył mnie na łóżku, wisząc nade mną. - To ciekawe - wodził palcem po mojej szyi. Rozsunął czerwoną bluzę i położył dłoń na moim płaskim brzuchu. Powoli podwinął czarny podkoszulek i pochylił się. Gdy jego usta dotknęły skóry cicho jęknęłam. Zagryzłam wargi, a on delikatnie całował mój brzuch. - Tak się reaguje na wypełniacz czasu? - zaśmiał się.
-Spadaj! - fuknęłam i odepchnęłam go. Złapał mnie za nadgarstki i zachłannie wpił się w moje usta. W środku coś mi się zakotłowało. Poczułam jak wnętrzności skręcają mi się w euforii, serce wali jak szalone a język... Język poszedł w tango z językiem Javiera. Przysięgam na wszystko co kocham, że nigdy nic takiego nie czułam! NIGDY! A ja głupia myślałam, że przeżyłam wszystko przy Alvaro.
-Wypełniacz? - powtórzył oddalony ode mnie kilka centymetrów.
-Nie - pokręciłam głową. Puścił mnie, a ja oplotłam jego szyję ramionami i mocno się przytuliłam. - Tylko się boję. Zawsze miało być tak fajnie, a potem tak fajnie się psuło. Wiesz ile mnie kosztowało, żebym potrafiła się przyjaźnić z Alvaro po tym wszystkim?
-Ale dałaś radę? - pocałował mnie w szyję.
-Pewnie, że dałam! Zawsze dam sobie radę, bo moje poddawanie na nic mi się nie przy... - urwałam, bo zaczął dzwonić mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz jednocześnie się uśmiechając i nieco martwiąc. - Cześć, Rafał - odebrałam.
~Hej - mruknął mój brat. Najstarszy z trzech młodszych.
-Co tam, młody?
~Mam sprawę - powiedział.
-Wiem, a jaką?
~Po pierwsze mama cię pozdrawia, tato mówi, żebyś za dużo nie przeklinała, Hugo chce coś z autografem, a Leo chce buziaka - wygłosił litanię.
-A ty?
~Mogłabyś mi pomóc dostać się do twojego liceum? - wypalił.
-Co? - zdziwiłam się. - Chcesz chodzić do ogólniaka do Gdańska?
~Nie - zaprzeczył. - Chcę do liceum piłkarskiego w Barcelonie. Wypełniłem i wysłałem papiery, ale może to za mało? Przeszedłem testy w Espanyolu, byli zadowoleni, ale jak się nie dostanę?
-Co na to rodzice? - pogłaskałam Javiera po policzku. Chyba zapomniałam dodać, że rozmawiałam z Rafaelem po hiszpańsku? No, to rozmawiałam. Nasi rodzice byli tak pomysłowi, że nauczyli nas w domu rożnych języków, ale nie polskiego. Mama od dziecka mówiła do nas w góralskiej gwarze, albo po angielsku (żeby tacie zrobić przyjemność), a tato mówił do nas albo po angielsku albo hiszpańsku. Efekt był taki, że jak trafiłam do zerówki nikt nie mógł się ze mną dogadać. W taki sposób wylądowałam w amerykańskiej szkole i dopiero do gimnazjum poszłam, gdzie podstawowym językiem był polski. Moje rodzeństwo podobnie.
~Nic nie wiedzą. Tato podpisał mi zgodę, bo mu powiedziałem, że to chodzi o wycieczkę, a mamie podetknąłem jak próbowała wmówić Leo, że musi jeść grzyby, bo są zdrowe.
-Fuj - wzdrygnęłam się. - Wiesz, Rafa, podejrzewam, że rodzice się nie zgodzą.
~Zamieszkam u cioci Gabrieli tak jak ty! Już z nią gadałem! - zdenerwował się.
-Spokojnie, mały - westchnęłam. - Po tym co zakomunikuje rodzicom zgodzą się bez przeszkód.
~Co takiego?
-Wracam do Barcelony. Pójdę na zaoczne studia...
~Znowu będziesz grać? - przerwał mi.
-Spróbuję - pokiwałam głową. - Brakuje mi tego. Więc jak nie zamieszkasz z ciocią to ze mną. Miałam wynajmować pięciopokojowe mieszkanie z chłopakami, ale co to za różnica jeden pokój w tą czy w tą?
~Patrząc realnie... Chyba szybciej dali by mnie pod opiekę Angeliki niż twoją - niemal widziałam jak się krzywi.
-Chcesz to spróbuj szczęścia. Jeśli uważaliby mnie za osobę nieodpowiedzialną nie grałabym od gimnazjum w warszawskim klubie, prawda?
~Prawda - zgodził się. - To co? Spróbujesz coś zrobić?
-Może ja lepiej nie... Dyrektorka jakoś mile nie wspomina momentu jak prawie wysadziłam jej gabinet w powietrze, bo Tello miał pomysł... - zamyśliłam się. - Ale Bartrę kocha! Więc, coś pomyślimy.
~Dzięki, może będę na meczu z Rosją w Warszawie. Idziesz na Stadion?
-Skąd masz bilet?
~Szczęsny mi dał. Powiedział, że dla ciebie ma Lewy.
-Nie wiem czy uda mi się wyrwać - skłamałam.
~Zostanę kilka dni u dziadków, więc będę codziennie chodził do Strefy - cieszył się.
-Hubert i Leo przyjadą z tobą?
~Z rodzicami. Tato ma wziąć wolne do końca czerwca.
-Czaję - pokiwałam głową. - Podziałam ile się da, trzymaj się! - rozłączyłam się. - Rodzice moją zrobić mi nalot w Gniewinie! - sapnęłam, a Javier się roześmiał. - To nie jest śmieszne! - szturchnęłam go. - To tragedia! Armagedon!
-Jest - pocałował mnie czule. - Gadasz z bratem po hiszpańsku?
-Mam... - szukałam słowa. - Oryginalnych rodziców. Potrafią mówić do siebie w rożnych językach i traktują to jak dobrą zabawę. Efekt jest taki, że lepiej mówi mi się po hiszpańsku czy angielsku niż polsku.
-Intrygujesz mnie z każdym dniem coraz bardziej - uśmiechnął się. - Ale teraz - spojrzał na zegarek. - Idziemy na trening.
Cześć! Nie ma mnie ;) Wielki grzesznik udał się na pielgrzymkę do Częstochowy, ale nie chcę, żebyście zostali bez notki na całe dwa tygodnie.
Odcinek oddaje w Wasze piękne oczęta Moniika, z którą prowadzę bloga! :D
http://amor-capricho.blogspot.com/
Odcinek 14 pojawi się najpewniej 16 sierpnia, bo chociaż wracam 15, podejrzewam, że nie będę dała rady nic dodać.
Buziaczki! :***
12. Podoba mi się słowo "wracasz".
Gdy wyszłam z pokoju Javiera skierowałam się na recepcję, gdzie jak się spodziewałam, zastałam Angelikę. W drodze nałożyłam na siebie bluzę i zasunęłam ją po szyję.
-Pomyliła ci się reprezentacja z klubem? - mruknęła, gdy ledwo na mnie spojrzała.
-Nie, zaraz idę do piłkarzy Barcy, żeby ich podenerwować. Ciekawe ile czasu zajmie im zanim zaczną się bić z piłkarzami Realu? - Podskoczyłam i usiadłam na kontuarze. Angela spojrzała na mnie przerażona.
-Nie zrobisz tego? - wyszeptała.
-Co nowego na mnie gadałaś? - założyłam nogę na nogę.
-Słucham? - zamrugała szybko.
-Nie słuchaj, tylko odpowiadaj. Nie jestem aż tak głupia, żeby uwierzyć, że milczałaś jak mnie nie było. Co gadałaś? - pochyliłam się.
-Nie wiem o co ci chodzi - znowu zagłębiła się w swoje pazury.
-Jak piłkarze się pobiją to będzie katastrofa - powiedziałam niby sama do siebie. - Trener pewnie ich nie pogodzi, prawdopodobnie wycofa się z Euro, bo niby kto ma grać? Hotel zyska sobie zabójczą sławę... Filip pewnie się wścieknie...
-Dagmara! - zapiszczała. - Nie rób tego! Zniszczysz wszystko!
-Angelika - syknęłam i spojrzałam jej w oczy. - Chcę, żebyś pojęła jedno. Nie kop pode mną dołków, bo sama cię w nich zakopie. Dziewczyno, zrozum w końcu, że nie jestem twoim wrogiem tylko twoją siostrą! - zeskoczyłam na ziemie. - Kiedy w końcu załapiesz, że ten sekret będę skrywać do śmierci?! Nie powiedziałam nawet Alvaro, rozumiesz? Kochałam go, sypiałam z nim, a nigdy nie powiedziałam wszystkiego. Grzesiek to chuj, daj sobie siana. To tylko chłopak, nie zależało mi na nim jak na Alvaro kiedyś, a już nikt nie pobije tego co teraz czuje do Ja... - urwałam gwałtownie. - Wybaczyłam ci wszystko, ale nigdy tego nie zapomnę. Nie rób sobie wroga ze sprzymierzeńca, Angela. - W kieszeni zaczął mi wściekle dzwonić telefon. Szybko go wyskubałam i odebrałam. - Gallardo! - warknęłam.
~Daga, mam problem - odezwał się głos Torresa. - W sumie to problem nazywa się Fabregas, Pique i tak dalej...
-Zaraz przyjdę - rozłączyłam się. - Mam nadzieję, że zrozumiałaś - powiedziałam do Angeliki i pobiegłam do siebie. Przebrałam się w czarny podkoszulek, czarne spodnie i czerwoną, hiszpańską bluzę. Od razu skierowałam się do pokoju Torresa... Hm... Chyba się pakował, bo panował w nim straszny bałagan.
-Zabierzesz nas w Gdańsku do jakiegoś klubu? - zaczęli piszczeć piłkarze.
-Wiecie jakie są konsekwencje jak nas złapią? - usiadłam po turecku na łóżku.
-Oj, konsekwencje! - prychnął Mata. - Żyje się raz! - Cazorla mu gorliwie przytaknął, ale Cesc i Geri coś stracili zapał.
-Wchodzę w to, cokolwiek knujecie! - zakomunikował Llorente, który właśnie wkroczył do pomieszczenia niczym pan i władca.
-Wasza wola - wzruszyłam ramionami i wstałam. - Pogadamy wieczorem - puściłam im oczko i wyszłam. Wpakowałam się do pokoju Bartry i Tello, gdzie był jeszcze Alvaro. Właściciele się pakowali, gość oglądał telewizję. Położyłam się obok niego i westchnęłam.
-Co tam, łobuzie? - szturchnął mnie w żebra.
-Dawno w łeb nie dostałeś? - burknęłam, a on się uśmiechnął.
-Big love, gran amore... Nasza bajka dobiegła końca, ale czasem zrobisz coś takiego, że wracają do mnie świetne wspomnienia - powiedział cicho.
-Teraz jest big friendship, gran amistad. Na zawsze - wyciągnęłam serdeczny palec prawej ręki.
-Zawsze - zacisnął ten sam palec swojej ręki na moim.
-To nie tylko słowo, to obietnica, łobuzie - powiedział po katalońsku.
-Wiem - pokiwałam głową. - Nie znam cie od wczoraj - prychnęłam i pacnęłam go poduszką. Zanim mi zdążył oddać, usiadłam. - Wracam do Barcelony - wypaliłam szybko, a Alvaro zamarł z poduszką w dłoni.
-Serio? - Tello błyskawicznie okręcił się na pięcie.
-Podoba mi się słowo "wracasz" - wyszczerzył się Marc. - Nie "wyjeżdżam", tylko "wracam".
-Potrzebowałam roku, żeby do mnie dotarło, że moje miejsce jest w Hiszpanii. Nie wiem, czy to koniecznie Barcelona, ale na razie chcę mieszkać z wami - wyciągnęłam ręce i jak oczekiwałam obok pojawił się Bartra i uniósł mnie do góry. Oplotłam go nogami w pasie, a ramiona owinęłam wokół szyi. - Kocham was - cmoknęłam go w policzek. - Proponuję wspólne wynajęcie pięcioosobowego mieszkania.
-Pięcio? - zdziwił się Cristian.
-Ja, ty, Marc ze struclem, Alvaro ze swoją i Jordi - wyliczałam.
-Jordi? - powiedzieli wszyscy ignorując wszystko co było przed imieniem mojego brata.
-Marc, Cristian - zamrugałam. - Powinniście iść na piwo do nowego kolegi z drużyny!
-Serio?! - ucieszył się Tello.
-Serio - pokiwałam głową. - Po Euro będzie oficjalna prezentacja.
-Czekaj - Alvaro zmarszczył czoło. Zawsze tak robił jak intensywnie o czymś myślał. - Ja ze swoją?
-Kogo chcesz oszukać? Mistrza chaosu i zamieszania? - puściłam Marca i stanęłam przed Vazquezem. - Wolałabym się dowiedzieć od ciebie.
-A ty? - wstał z łóżka. - Nie chcesz mi czegoś powiedzieć?
-Na razie nie, ale mam nadzieję, że wkrótce będę miała co. Więc? - zmrużyłam jedno oko.
-Aida Lafuente - usiadł. - Ale to jeszcze nic pewnego. Spotykamy się czasem, piszemy, nic oficjalnego... - mruknął.
-Aida? - zamyśliłam się. - Czy ona czasem nie mieszka obok mojej ciotki? Ciągała się z nami od czasu do czasu - popatrzyłam po chłopakach.
-Dobrze jej szło to "ciąganie" - zachichotał Cristian.
-Twoja kolej - Alvaro popatrzył na mnie zniecierpliwionym wzrokiem.
-Javi Martinez - spoczełam obok niego. - Odbiło mi, z jednej strony się panicznie boje, a z drugiej ciągnie mnie jak magnez. Powąchaj - podsunęłam mu pod nos swoje ręce.
-Truskawki? - zdziwił się.
-Co?! - sapnął Tello i też się zaciągnął. - Nie fajki?
-Nie palisz? - Barta był w szoku.
-Przez cały pobyt w Warszawie nic, dziś też jeszcze nic - szepnęłam. - W Warszawie przy Ance czy Lewym to nie mogę, bo zaraz wrzeszczą jak opętani, ale jak jestem sama to wiecie jak to jest - wzruszyłam ramionami.
-Cieszę się - Alvaro objął mnie ramieniem. - Po meczu mamy samolot. Mam nadzieję, że jak spotkamy się w Barcelonie będziesz miała czym się pochwalić.
-Wzajemnie! - uśmiechnęłam się.
-Będę tęsknić! - zawołał Tello i mocno mnie przytulił.
-Ja też - zaśmiałam się wesoło.
Angelika w milczeniu obserwowała jak piłkarze kursują przez holl. Za piętnaście minut mieli odjeżdżać do Gdańska, a w autobusie było może pięć osób? Dagmara siedziała na schodach i zawzięcie coś pisała na telefonie. Warczała na piłkarzy, średnio zwracając na nich uwagę.
Angela była trochę podłamana. Prawie wcale nie rozumiała co do niej mówią. Hiszpański mieszany był z katalońskim, do tego włączone zostały przekleństwa i jakieś słówka, których nie potrafiła podporządkować pod żaden język, a co dopiero przetłumaczyć.
Jakiś brunet usiadł obok Dagmary i delikatnie objął ją w pasie. Wyszeptał coś do ucha, a ona się uśmiechnęła. W oczach miała czystą radość, bez krzty złościwości i tego szelmowskiego błysku, którego tak bardzo nienawidziła Angelika. Spoglądając na siostrę nie mogła się napatrzeć. Nigdy nie widziała jej piękniejszej. I co z tego, że miała na sobie dresy, a włosy w nieładzie? Biła od niej siła, którą miała dzięki temu chłopakowi. Tego Angela była pewna. Wtedy Dagmara oderwała wzrok od telefonu i spojrzała w oczy bruneta. Roześmiała się radośnie i pogłaskała go po policzku. Coś do niego powiedziała i pocałowała go w drugi policzek.
W mózgu Angeli informacje łączyły się powoli. To ten sam chłopak, z którym widziała ją w kuchni, miał na imię Javi, a dziś Dagmara powiedziała, że czuje coś do Ja... Czyli Javiego! Czyżby na jej oczach się zakochiwała? Nie była świadkiem rozkwitu żadnej miłości siostry. W Gdańsku, z pierwszym chłopakiem najczęściej widywała się w szkole (o ile do niej zawitała), a Angelika chodziła przecież do innego liceum. Z Alvaro była w Barcelonie, a Javi jest tu, w Gniewinie.
Przyglądając się siostrze zastanawiała się czy ona też wygląda podobnie, gdy Filip jest w pobliżu. Jednak z biegiem czasu zakochanie ustąpiło kochaniu. Czuła się przy nim bezpiecznie i dobrze. Miała plan na swoje życie, a Daga? Przepływała z dnia na dzień z dewizą "carpe diem" na ustach. Może sporo było w tym jej winy, ale nie chciała tego. Nie spodziewała się, że jej decyzje wpłynął na siostrę aż tak. Nigdy nie czuła się źle traktowana przez rodziców w odniesieniu do Dagmary. Nie stawiali ich sobie wzajemnie za wzory, bo Daga nie była zainteresowana naśladowaniem Angeli, tak samo Angelika Dagmary. Do tego Daga rzadko bywała w domu, a gdy poszła do gimnazjum była już w nim gościem. Angela była grzeczna, posłuszna, ale uwielbiała dni, gdy siostra wracala do Krakowa. Siadały wtedy na łóżku z kubkami gorącej czekolady i opowiadały sobie wszystko. Tak samo było w pierwszej liceum, ale potem wszystko się posypało. Nie dziwiła się, że siostra ją od siebie odsunęła. Dagmara miała w życiu kilka zasad, których się trzymała i choćby nie wiadomo co się działo, nie odpuszczała. Jedną z nich było nie zabijaj...
Hej! Wróciłam na blogspota, bo na Onecie nie da się już wytrzymać.
Co do notki, mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Sekret Angeli Dagmara kiedyś wyjawi Javiemu :P Gwarantuję, że pospadacie z krzeseł!
Zapraszam Was też na nowego bloga, którego piszę do spółki z Moniiką.
http://amor-capricho.blogspot.com/
Pierwszy raz piszę o Tello w głównej roli męskiej. Proszę się nadmiernie nie nakręcać, że to gracz Barcy, a ja jestem zdeklarowanym Los Blancos. Lubię Tello przede wszystkim za reprezentację narodową, do tego dobrze pisze mi się z Moniiką, a ona nie napisze nic co będzie miało wspólnego z Realem.
Buziaczki! ;***
-Pomyliła ci się reprezentacja z klubem? - mruknęła, gdy ledwo na mnie spojrzała.
-Nie, zaraz idę do piłkarzy Barcy, żeby ich podenerwować. Ciekawe ile czasu zajmie im zanim zaczną się bić z piłkarzami Realu? - Podskoczyłam i usiadłam na kontuarze. Angela spojrzała na mnie przerażona.
-Nie zrobisz tego? - wyszeptała.
-Co nowego na mnie gadałaś? - założyłam nogę na nogę.
-Słucham? - zamrugała szybko.
-Nie słuchaj, tylko odpowiadaj. Nie jestem aż tak głupia, żeby uwierzyć, że milczałaś jak mnie nie było. Co gadałaś? - pochyliłam się.
-Nie wiem o co ci chodzi - znowu zagłębiła się w swoje pazury.
-Jak piłkarze się pobiją to będzie katastrofa - powiedziałam niby sama do siebie. - Trener pewnie ich nie pogodzi, prawdopodobnie wycofa się z Euro, bo niby kto ma grać? Hotel zyska sobie zabójczą sławę... Filip pewnie się wścieknie...
-Dagmara! - zapiszczała. - Nie rób tego! Zniszczysz wszystko!
-Angelika - syknęłam i spojrzałam jej w oczy. - Chcę, żebyś pojęła jedno. Nie kop pode mną dołków, bo sama cię w nich zakopie. Dziewczyno, zrozum w końcu, że nie jestem twoim wrogiem tylko twoją siostrą! - zeskoczyłam na ziemie. - Kiedy w końcu załapiesz, że ten sekret będę skrywać do śmierci?! Nie powiedziałam nawet Alvaro, rozumiesz? Kochałam go, sypiałam z nim, a nigdy nie powiedziałam wszystkiego. Grzesiek to chuj, daj sobie siana. To tylko chłopak, nie zależało mi na nim jak na Alvaro kiedyś, a już nikt nie pobije tego co teraz czuje do Ja... - urwałam gwałtownie. - Wybaczyłam ci wszystko, ale nigdy tego nie zapomnę. Nie rób sobie wroga ze sprzymierzeńca, Angela. - W kieszeni zaczął mi wściekle dzwonić telefon. Szybko go wyskubałam i odebrałam. - Gallardo! - warknęłam.
~Daga, mam problem - odezwał się głos Torresa. - W sumie to problem nazywa się Fabregas, Pique i tak dalej...
-Zaraz przyjdę - rozłączyłam się. - Mam nadzieję, że zrozumiałaś - powiedziałam do Angeliki i pobiegłam do siebie. Przebrałam się w czarny podkoszulek, czarne spodnie i czerwoną, hiszpańską bluzę. Od razu skierowałam się do pokoju Torresa... Hm... Chyba się pakował, bo panował w nim straszny bałagan.
-Zabierzesz nas w Gdańsku do jakiegoś klubu? - zaczęli piszczeć piłkarze.
-Wiecie jakie są konsekwencje jak nas złapią? - usiadłam po turecku na łóżku.
-Oj, konsekwencje! - prychnął Mata. - Żyje się raz! - Cazorla mu gorliwie przytaknął, ale Cesc i Geri coś stracili zapał.
-Wchodzę w to, cokolwiek knujecie! - zakomunikował Llorente, który właśnie wkroczył do pomieszczenia niczym pan i władca.
-Wasza wola - wzruszyłam ramionami i wstałam. - Pogadamy wieczorem - puściłam im oczko i wyszłam. Wpakowałam się do pokoju Bartry i Tello, gdzie był jeszcze Alvaro. Właściciele się pakowali, gość oglądał telewizję. Położyłam się obok niego i westchnęłam.
-Co tam, łobuzie? - szturchnął mnie w żebra.
-Dawno w łeb nie dostałeś? - burknęłam, a on się uśmiechnął.
-Big love, gran amore... Nasza bajka dobiegła końca, ale czasem zrobisz coś takiego, że wracają do mnie świetne wspomnienia - powiedział cicho.
-Teraz jest big friendship, gran amistad. Na zawsze - wyciągnęłam serdeczny palec prawej ręki.
-Zawsze - zacisnął ten sam palec swojej ręki na moim.
-To nie tylko słowo, to obietnica, łobuzie - powiedział po katalońsku.
-Wiem - pokiwałam głową. - Nie znam cie od wczoraj - prychnęłam i pacnęłam go poduszką. Zanim mi zdążył oddać, usiadłam. - Wracam do Barcelony - wypaliłam szybko, a Alvaro zamarł z poduszką w dłoni.
-Serio? - Tello błyskawicznie okręcił się na pięcie.
-Podoba mi się słowo "wracasz" - wyszczerzył się Marc. - Nie "wyjeżdżam", tylko "wracam".
-Potrzebowałam roku, żeby do mnie dotarło, że moje miejsce jest w Hiszpanii. Nie wiem, czy to koniecznie Barcelona, ale na razie chcę mieszkać z wami - wyciągnęłam ręce i jak oczekiwałam obok pojawił się Bartra i uniósł mnie do góry. Oplotłam go nogami w pasie, a ramiona owinęłam wokół szyi. - Kocham was - cmoknęłam go w policzek. - Proponuję wspólne wynajęcie pięcioosobowego mieszkania.
-Pięcio? - zdziwił się Cristian.
-Ja, ty, Marc ze struclem, Alvaro ze swoją i Jordi - wyliczałam.
-Jordi? - powiedzieli wszyscy ignorując wszystko co było przed imieniem mojego brata.
-Marc, Cristian - zamrugałam. - Powinniście iść na piwo do nowego kolegi z drużyny!
-Serio?! - ucieszył się Tello.
-Serio - pokiwałam głową. - Po Euro będzie oficjalna prezentacja.
-Czekaj - Alvaro zmarszczył czoło. Zawsze tak robił jak intensywnie o czymś myślał. - Ja ze swoją?
-Kogo chcesz oszukać? Mistrza chaosu i zamieszania? - puściłam Marca i stanęłam przed Vazquezem. - Wolałabym się dowiedzieć od ciebie.
-A ty? - wstał z łóżka. - Nie chcesz mi czegoś powiedzieć?
-Na razie nie, ale mam nadzieję, że wkrótce będę miała co. Więc? - zmrużyłam jedno oko.
-Aida Lafuente - usiadł. - Ale to jeszcze nic pewnego. Spotykamy się czasem, piszemy, nic oficjalnego... - mruknął.
-Aida? - zamyśliłam się. - Czy ona czasem nie mieszka obok mojej ciotki? Ciągała się z nami od czasu do czasu - popatrzyłam po chłopakach.
-Dobrze jej szło to "ciąganie" - zachichotał Cristian.
-Twoja kolej - Alvaro popatrzył na mnie zniecierpliwionym wzrokiem.
-Javi Martinez - spoczełam obok niego. - Odbiło mi, z jednej strony się panicznie boje, a z drugiej ciągnie mnie jak magnez. Powąchaj - podsunęłam mu pod nos swoje ręce.
-Truskawki? - zdziwił się.
-Co?! - sapnął Tello i też się zaciągnął. - Nie fajki?
-Nie palisz? - Barta był w szoku.
-Przez cały pobyt w Warszawie nic, dziś też jeszcze nic - szepnęłam. - W Warszawie przy Ance czy Lewym to nie mogę, bo zaraz wrzeszczą jak opętani, ale jak jestem sama to wiecie jak to jest - wzruszyłam ramionami.
-Cieszę się - Alvaro objął mnie ramieniem. - Po meczu mamy samolot. Mam nadzieję, że jak spotkamy się w Barcelonie będziesz miała czym się pochwalić.
-Wzajemnie! - uśmiechnęłam się.
-Będę tęsknić! - zawołał Tello i mocno mnie przytulił.
-Ja też - zaśmiałam się wesoło.
Angelika w milczeniu obserwowała jak piłkarze kursują przez holl. Za piętnaście minut mieli odjeżdżać do Gdańska, a w autobusie było może pięć osób? Dagmara siedziała na schodach i zawzięcie coś pisała na telefonie. Warczała na piłkarzy, średnio zwracając na nich uwagę.
Angela była trochę podłamana. Prawie wcale nie rozumiała co do niej mówią. Hiszpański mieszany był z katalońskim, do tego włączone zostały przekleństwa i jakieś słówka, których nie potrafiła podporządkować pod żaden język, a co dopiero przetłumaczyć.
Jakiś brunet usiadł obok Dagmary i delikatnie objął ją w pasie. Wyszeptał coś do ucha, a ona się uśmiechnęła. W oczach miała czystą radość, bez krzty złościwości i tego szelmowskiego błysku, którego tak bardzo nienawidziła Angelika. Spoglądając na siostrę nie mogła się napatrzeć. Nigdy nie widziała jej piękniejszej. I co z tego, że miała na sobie dresy, a włosy w nieładzie? Biła od niej siła, którą miała dzięki temu chłopakowi. Tego Angela była pewna. Wtedy Dagmara oderwała wzrok od telefonu i spojrzała w oczy bruneta. Roześmiała się radośnie i pogłaskała go po policzku. Coś do niego powiedziała i pocałowała go w drugi policzek.
W mózgu Angeli informacje łączyły się powoli. To ten sam chłopak, z którym widziała ją w kuchni, miał na imię Javi, a dziś Dagmara powiedziała, że czuje coś do Ja... Czyli Javiego! Czyżby na jej oczach się zakochiwała? Nie była świadkiem rozkwitu żadnej miłości siostry. W Gdańsku, z pierwszym chłopakiem najczęściej widywała się w szkole (o ile do niej zawitała), a Angelika chodziła przecież do innego liceum. Z Alvaro była w Barcelonie, a Javi jest tu, w Gniewinie.
Przyglądając się siostrze zastanawiała się czy ona też wygląda podobnie, gdy Filip jest w pobliżu. Jednak z biegiem czasu zakochanie ustąpiło kochaniu. Czuła się przy nim bezpiecznie i dobrze. Miała plan na swoje życie, a Daga? Przepływała z dnia na dzień z dewizą "carpe diem" na ustach. Może sporo było w tym jej winy, ale nie chciała tego. Nie spodziewała się, że jej decyzje wpłynął na siostrę aż tak. Nigdy nie czuła się źle traktowana przez rodziców w odniesieniu do Dagmary. Nie stawiali ich sobie wzajemnie za wzory, bo Daga nie była zainteresowana naśladowaniem Angeli, tak samo Angelika Dagmary. Do tego Daga rzadko bywała w domu, a gdy poszła do gimnazjum była już w nim gościem. Angela była grzeczna, posłuszna, ale uwielbiała dni, gdy siostra wracala do Krakowa. Siadały wtedy na łóżku z kubkami gorącej czekolady i opowiadały sobie wszystko. Tak samo było w pierwszej liceum, ale potem wszystko się posypało. Nie dziwiła się, że siostra ją od siebie odsunęła. Dagmara miała w życiu kilka zasad, których się trzymała i choćby nie wiadomo co się działo, nie odpuszczała. Jedną z nich było nie zabijaj...
Hej! Wróciłam na blogspota, bo na Onecie nie da się już wytrzymać.
Co do notki, mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Sekret Angeli Dagmara kiedyś wyjawi Javiemu :P Gwarantuję, że pospadacie z krzeseł!
Zapraszam Was też na nowego bloga, którego piszę do spółki z Moniiką.
http://amor-capricho.blogspot.com/
Pierwszy raz piszę o Tello w głównej roli męskiej. Proszę się nadmiernie nie nakręcać, że to gracz Barcy, a ja jestem zdeklarowanym Los Blancos. Lubię Tello przede wszystkim za reprezentację narodową, do tego dobrze pisze mi się z Moniiką, a ona nie napisze nic co będzie miało wspólnego z Realem.
Buziaczki! ;***
11. Chcę cię, Gallardo...
Anka nie skomentowała mojego zachowania.
Zabrała mnie za to na obiad, a potem na stadion. Mruczała coś o mojej
nieodpowiedzialności, że Lewy powinien się w końcu za mnie wziąć, że
jestem nieznośna i takie tam bzdury, do których po tylu latach zdążyłam
przywyknąć. Zawsze się wścieka jak coś odstawię, a Robert jeszcze na
mnie nie nawrzeszczy. Można stwierdzić, że jest moim etapem
przygotowawczym.
Mecz się jeszcze nie zaczął, ale ja dostałam smsa...
"Jak powiedzieć, że chce się kanapkę z szynką?" - napisał do mnie Jordi. Westchnęłam ciężko.
"Czas kolacji już minął. Jak przegapiłeś to twoja strata."
"Nie bądź taka!"
"Będę jaka zechcę być! Nie chrzań mi tu o kanapce, lepiej powiedz czego naprawdę chcesz. Więc?"
"Kiedy wracasz?"
"Stęskniłeś się za mną, Alba! Mam cię, robaczku!"
"To też, ale jest inna sprawa i chciałabym, żebyś o nie wiedziała zanim się zdecyduję..."
"Dawaj, Jordi."
"FC Barcelona chce mnie kupić. Wiesz, lubię Valencię, ale Barca to mój dom. Wychowałem się tam."
"To w czym masz problem? Naturalną rzeczą jest to, że cię tam ciągnie. Mnie też ciągnie Barcelona, ale ciut pod innym względem niż ciebie."
"Czyli nie masz nic przeciwko?"
"Jordi, a jak mogłabym mieć? Jestem twoją siostrą i moim zadaniem jest cię wspierać, a nie dojeżdżać... no, ok! Dojeżdżam cię, ale nie w tak poważnych sprawach. Jeśli czujesz, że Barca to jest to... Jordi, nie wahaj się!"
"Dzięki ;)"
"A! Zapomnij o mieszkaniu z rodzicami! Znajdziemy mieszkanie razem, albo coś. To by zakrawało o paranoję, żebyśmy wracali do Barcelony i szli mieszkać do cioci z wujkiem!"
"Coś się pomyśli ;p Kiedy wracasz?"
"W nocy? Jakieś wieści?"
"Nic nowego, Angela chyba się bardzo cieszy, że Cie nie ma."
"Standard, ale to działa w obie strony. Kończę, bo mecz się zaczyna!"
Po emocjonującym spotkaniu (tak się wyginałam, że prawie wyleciałam przez barierkę, ale żona Błaszczykowskiego w porę złapała mnie za koszulkę) musiałam spadać do Gdańska. Służba nie drużba, czy jak tam mówią.
-Na meczu z Rosją mnie nie będzie - zakomunikowałam Ance, gdy czekałam na pociąg.
-Dziś jest piątek, do wtorku możesz zmienić zdanie jeszcze miliard razy - uśmiechnęła się.
-Serio, nie dam rady - skłamałam. Miałam już swój plan i nie było w nim wycieczki na Narodowy, raczej pod Strefę Kibica i odpowiednie przywitanie Rosjan...
-Zobaczymy - pocałowała mnie w policzek i wsiadłam do wagonu. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o moim pomyśle i doniósł Ance... Nigdy bym nie zobaczyła już błękitnego nieba nad Warszawą! Robert zamknąłby mnie w piwnicy i nie wypuszczał aż stałabym się garbatą staruszką chodząca o lasce... Brrr!
Wracając widziałam wiele par... Zapragnęłam być na ich miejscu, ale ku mojemu ogromnemu zdumieniu nie było obok mnie Alvaro!
Szybko zamachałam powiekami.
Cholera jasna, niech budyń w bombki strzeli! Nadal widziałam go przed oczami. Szczerzył się wielce radośnie, jakby przed chwilą wygrał poczwórną koronę, Mundial i Euro jednocześnie! Brązowe oczy też były radosne i błyszczały wesoło. Wyobraziłam sobie jak wsuwam dłoń w jego miękkie, brązowe włosy, jak jego zarost drapie moją skórę, gdy delikatnie całuje moją szyję, jak czule szepcze słodkie słówka, a ja we wszystko wierze... Nie ma mojej wrogości i podejrzliwości, po prostu mu ufam i wiem, że mnie nie skrzywdzi...
Chyba oszalałam!
Gwałtownie potrząsnęłam głową. Przecież Javi to zwykły kartofel! Jest wielki jak jakiś olbrzym, gapowaty i jazda melexem cieszy go jak dzieciaka! Mówiłam już, że jest za duży?! Ma łapy jak łopaty, mięśnie jak Herkules z bajki i pewnie zdusiłby mnie jak szafa, którą zepchnął na mnie Szczęsny kilka lat temu... Jakby mnie złapał to bym straciła dech... i oddała mu się bez słowa protestu, bo ponoć facet ma mieczyk trzykrotnej długości co jego kciuk! W przypadku Vazqueza to prawda!
Dagmara!!! Muszę się ogarnąć! Co mnie obchodzi jakiś Hiszpan? Zaraz, zaraz... To Bask! A to jeszcze gorzej niż Katalończyk! Ja to mam pieskie szczęście. Jeden gorszy od drugiego mi się trafia, psia kość!
Wysiadłam w Gdańsku i niczym wiatr pomknęłam na przystanek busów. Wsiadłam w najwcześniejszego i już przed piątą rano byłam w Gniewinie. Wpadłam do swojego pokoju, wzięłam błyskawiczny prysznic. Bóg jeden raczy wiedzieć czemu z głębi adidasowego pudła wyjęłam... strój Realu. Babcia zawsze mi powtarzała, że jak będę czuła się zagubiona powinnam zwrócić się do tego co daje mi otuchy. Akurat teraz pomyślałam o klubie, który był dla mnie czymś więcej niż tylko klubem. Ok! Uczyłam się i mieszkałam w Barcelonie, ale moje serce niemal od urodzenia było śnieżnobiałe.
Nie czając się dłużej wstałam i poszłam do pokoju Javiego. Kluczem, który swego czasu pożyczyłam z recepcji, otworzyłam drzwi, cicho weszłam i ponownie je zamknęłam. Stanęłam na środku pokoju i spojrzałam na śpiącego chłopaka.
-Dagmara, jesteś idiotką - powiedziałam sama do siebie. - Jest mi żal, obraz nędzy i rozpaczy - warknęłam i usiadłam po turecku po prawej stronie łóżka. Ściągnęłam z nóg buty i pogłaskałam wyszyty herb Realu na piersi.
-Mam już wstawać? - spojrzał na mnie jednym okiem Javier.
-Nie, jest dopiero przed szóstą rano - odparłam. Chłopak popatrzył na mnie uważniej.
-Śni mi się i wylądowałem w Hiszpanii przed jakimś meczem Realu, czy co? Założyłaś się o coś z Ramosem? Chcesz zdenerwować piłkarzy Barcelony? Dopiec Albie, że przechodzi do Barcy? Sam nie wiem...
-Przykro mi, jakby to był jakiś konkurs to już byś przegrał - mruknęłam. - Po prostu kocham Real i w białych strojach z herbem na piersi czuję się najlepiej.
-Madridista? - uniósł się na łokciu, kołdra nieco się zsunęła, a ja zobaczyłam nagi tors. Mięśnie grały pod skórą, a moje serce zaczęło łomotać jak oszalałe!
-Od maleńkiego dziecka - przytaknęłam.
-Po co do mnie przyszłaś? - szepnął.
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Zazwyczaj, gdy czuję się jakaś zagubiona idę do przyjaciół, zwłaszcza, że tak jak teraz, mam ich obok... - zaczęłam wyłamywać sobie palce. Po co tu, debilu, przylazłaś?
-Dagmara - położył swoją dłoń na moich. - Wstajemy dopiero o dziewiątej. To jeszcze trzy godziny. Chcesz ze mną poleżeć? - wskazał miejsce obok siebie.
-Tak - skinęłam głową i wsunęłam się pod kołdrę. Położyłam się na plecach i odetchnęłam głęboko. Otoczył mnie zapach Javiera, tak intensywny, że aż zakręciło mi się w głowie. Nie dotknął mnie, a ja już prawie odleciałam!
-Jak było na meczu? - spytał, leżąc na boku i patrząc na mnie z uśmiechem. Nawet nie podejrzewał co robił ze mną jedynie posługując się własną wonią! To była najpiękniejsza rzecz jaką kiedykolwiek wąchałam!
-Świetnie, Robert strzelił dla mnie gola jak obiecał. - Na samo wspomnienie euforii po zdobyciu bramki przez moją twarz przemknął uśmiech. Nie zagościł jednak długo, bo Hiszpan, o sorry, Bask, nie dał mi się na niczym skupić.
-Widzieliśmy - przytaknął. - Jordi opowiedział nam jak Lewandowski jest dla ciebie ważny.
-Papla! - warknęłam i zacisnęłam pięści. - Nie wolno was zostawić samych nawet na sekundę!
-Można... - popatrzył na mnie uważnie. - Coś się stało? Jesteś napięta jak struna.
-Gorąco mi! - fuknęłam. Usiadłam, zrzuciłam bluzę i znowu się położyłam. - Poza tym... - szepnęłam. - Nie wiem czemu mówię to tobie - westchnęłam i zajęłam się kręceniem paluchami. Podejrzewam, że jakby nie wziął mnie za ręce to urwałabym palce i na tym by się skończyło.
-Wal prosto z mostu. Nie bardzo rozumiem te babskie rozważania - powiedział szczerze.
-To dobrze - pokiwałam głową. - Nie potrafię owijać w bawełnę, bo nic mi z tego nie wychodzi. Wychowali mnie faceci, myślę jak oni... - wzięłam oddech. - Coś mi zrobiłeś, że nie potrafię przestać o tobie myśleć! - odwróciłam się do niego twarzą. - Javi... - jęknęłam. Zamiast odpowiedzi dostałam soczystego całusa. Potem następnego i następnego. Ręka Javiera wylądowała na mojej talii, moje na jego torsie. Jego dotyk palił mnie żywym ogniem. Jak żyję nic takiego nie czułam!
Zsunął usta na moją szyję i zupełnie odleciałam. Jego usta były miękkie, delikatne i sprawiały mi niesamowitą przyjemność.
Potem jego ręka pojawiła się pod moją koszulką, a mnie olśniło...
-Nie mam stanika! - krzyknęłam zanim pomyślałam. Javi roześmiał się wesoło i przyciągnął mnie jeszcze bliżej. Stykaliśmy się ciałami, a ja czułam jak moje sutki ocierają się o jego tors przez cienką bawełnę.
-Bez bluzki będzie ci wygodniej - wyszeptał z szelmowskim błyskiem w oku.
-Widzę, że trzeba wysłać cię do laryngologa - syknęłam. - Albo lekarza leczącego schorzenia związane z pamięcią. To, że działasz na mnie tak jak działasz, nie oznacza, że będziemy się bzykać jak dzikie kuny w agreście!
-Chcę cię, Gallardo... - wyszeptał mi do ucha w taki sposób, że po skórze przeszedł mi dreszcz. - Nie na raz, nie na dwa... Zaczaruj mnie, a dostaniesz królestwo - dodał z uśmiechem.
-Od czarownia to jesteś tu ty, ja nie mam różdżki między nogami - burknęłam. Roześmiał się jeszcze radośniej i cmoknął mnie w policzek.
-Jesteś niesamowita - potarł swój nos o mój, a potem mnie pocałował. Oczywiście w tym czasie zaczął dzwonić mój telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni bluzy i westchnęłam.
-Czego? - odebrałam.
~Gdzie jesteś? Ochrona mówiła, że wróciłaś ponad godzinę temu - odezwała się Angelika.
-Czego chcesz? - zignorowałam jej słowa.
~Drużyna wyjeżdża dziś do Gdańska. Spakuj się i pomóż sztabowi. Autobus będzie zaraz po obiedzie.
-Dobra - rozłączyłam się. - Służba czeka - przeciągnęłam się, ostatni raz pocałowałam Javiera i wstałam.
-Co jest między tobą a Angeliką? - usiadł na łóżku.
-To jest wyższy poziom. Znacznie wyższy niż seks - mruknęłam i wyszłam.
Mecz się jeszcze nie zaczął, ale ja dostałam smsa...
"Jak powiedzieć, że chce się kanapkę z szynką?" - napisał do mnie Jordi. Westchnęłam ciężko.
"Czas kolacji już minął. Jak przegapiłeś to twoja strata."
"Nie bądź taka!"
"Będę jaka zechcę być! Nie chrzań mi tu o kanapce, lepiej powiedz czego naprawdę chcesz. Więc?"
"Kiedy wracasz?"
"Stęskniłeś się za mną, Alba! Mam cię, robaczku!"
"To też, ale jest inna sprawa i chciałabym, żebyś o nie wiedziała zanim się zdecyduję..."
"Dawaj, Jordi."
"FC Barcelona chce mnie kupić. Wiesz, lubię Valencię, ale Barca to mój dom. Wychowałem się tam."
"To w czym masz problem? Naturalną rzeczą jest to, że cię tam ciągnie. Mnie też ciągnie Barcelona, ale ciut pod innym względem niż ciebie."
"Czyli nie masz nic przeciwko?"
"Jordi, a jak mogłabym mieć? Jestem twoją siostrą i moim zadaniem jest cię wspierać, a nie dojeżdżać... no, ok! Dojeżdżam cię, ale nie w tak poważnych sprawach. Jeśli czujesz, że Barca to jest to... Jordi, nie wahaj się!"
"Dzięki ;)"
"A! Zapomnij o mieszkaniu z rodzicami! Znajdziemy mieszkanie razem, albo coś. To by zakrawało o paranoję, żebyśmy wracali do Barcelony i szli mieszkać do cioci z wujkiem!"
"Coś się pomyśli ;p Kiedy wracasz?"
"W nocy? Jakieś wieści?"
"Nic nowego, Angela chyba się bardzo cieszy, że Cie nie ma."
"Standard, ale to działa w obie strony. Kończę, bo mecz się zaczyna!"
Po emocjonującym spotkaniu (tak się wyginałam, że prawie wyleciałam przez barierkę, ale żona Błaszczykowskiego w porę złapała mnie za koszulkę) musiałam spadać do Gdańska. Służba nie drużba, czy jak tam mówią.
-Na meczu z Rosją mnie nie będzie - zakomunikowałam Ance, gdy czekałam na pociąg.
-Dziś jest piątek, do wtorku możesz zmienić zdanie jeszcze miliard razy - uśmiechnęła się.
-Serio, nie dam rady - skłamałam. Miałam już swój plan i nie było w nim wycieczki na Narodowy, raczej pod Strefę Kibica i odpowiednie przywitanie Rosjan...
-Zobaczymy - pocałowała mnie w policzek i wsiadłam do wagonu. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o moim pomyśle i doniósł Ance... Nigdy bym nie zobaczyła już błękitnego nieba nad Warszawą! Robert zamknąłby mnie w piwnicy i nie wypuszczał aż stałabym się garbatą staruszką chodząca o lasce... Brrr!
Wracając widziałam wiele par... Zapragnęłam być na ich miejscu, ale ku mojemu ogromnemu zdumieniu nie było obok mnie Alvaro!
Szybko zamachałam powiekami.
Cholera jasna, niech budyń w bombki strzeli! Nadal widziałam go przed oczami. Szczerzył się wielce radośnie, jakby przed chwilą wygrał poczwórną koronę, Mundial i Euro jednocześnie! Brązowe oczy też były radosne i błyszczały wesoło. Wyobraziłam sobie jak wsuwam dłoń w jego miękkie, brązowe włosy, jak jego zarost drapie moją skórę, gdy delikatnie całuje moją szyję, jak czule szepcze słodkie słówka, a ja we wszystko wierze... Nie ma mojej wrogości i podejrzliwości, po prostu mu ufam i wiem, że mnie nie skrzywdzi...
Chyba oszalałam!
Gwałtownie potrząsnęłam głową. Przecież Javi to zwykły kartofel! Jest wielki jak jakiś olbrzym, gapowaty i jazda melexem cieszy go jak dzieciaka! Mówiłam już, że jest za duży?! Ma łapy jak łopaty, mięśnie jak Herkules z bajki i pewnie zdusiłby mnie jak szafa, którą zepchnął na mnie Szczęsny kilka lat temu... Jakby mnie złapał to bym straciła dech... i oddała mu się bez słowa protestu, bo ponoć facet ma mieczyk trzykrotnej długości co jego kciuk! W przypadku Vazqueza to prawda!
Dagmara!!! Muszę się ogarnąć! Co mnie obchodzi jakiś Hiszpan? Zaraz, zaraz... To Bask! A to jeszcze gorzej niż Katalończyk! Ja to mam pieskie szczęście. Jeden gorszy od drugiego mi się trafia, psia kość!
Wysiadłam w Gdańsku i niczym wiatr pomknęłam na przystanek busów. Wsiadłam w najwcześniejszego i już przed piątą rano byłam w Gniewinie. Wpadłam do swojego pokoju, wzięłam błyskawiczny prysznic. Bóg jeden raczy wiedzieć czemu z głębi adidasowego pudła wyjęłam... strój Realu. Babcia zawsze mi powtarzała, że jak będę czuła się zagubiona powinnam zwrócić się do tego co daje mi otuchy. Akurat teraz pomyślałam o klubie, który był dla mnie czymś więcej niż tylko klubem. Ok! Uczyłam się i mieszkałam w Barcelonie, ale moje serce niemal od urodzenia było śnieżnobiałe.
Nie czając się dłużej wstałam i poszłam do pokoju Javiego. Kluczem, który swego czasu pożyczyłam z recepcji, otworzyłam drzwi, cicho weszłam i ponownie je zamknęłam. Stanęłam na środku pokoju i spojrzałam na śpiącego chłopaka.
-Dagmara, jesteś idiotką - powiedziałam sama do siebie. - Jest mi żal, obraz nędzy i rozpaczy - warknęłam i usiadłam po turecku po prawej stronie łóżka. Ściągnęłam z nóg buty i pogłaskałam wyszyty herb Realu na piersi.
-Mam już wstawać? - spojrzał na mnie jednym okiem Javier.
-Nie, jest dopiero przed szóstą rano - odparłam. Chłopak popatrzył na mnie uważniej.
-Śni mi się i wylądowałem w Hiszpanii przed jakimś meczem Realu, czy co? Założyłaś się o coś z Ramosem? Chcesz zdenerwować piłkarzy Barcelony? Dopiec Albie, że przechodzi do Barcy? Sam nie wiem...
-Przykro mi, jakby to był jakiś konkurs to już byś przegrał - mruknęłam. - Po prostu kocham Real i w białych strojach z herbem na piersi czuję się najlepiej.
-Madridista? - uniósł się na łokciu, kołdra nieco się zsunęła, a ja zobaczyłam nagi tors. Mięśnie grały pod skórą, a moje serce zaczęło łomotać jak oszalałe!
-Od maleńkiego dziecka - przytaknęłam.
-Po co do mnie przyszłaś? - szepnął.
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Zazwyczaj, gdy czuję się jakaś zagubiona idę do przyjaciół, zwłaszcza, że tak jak teraz, mam ich obok... - zaczęłam wyłamywać sobie palce. Po co tu, debilu, przylazłaś?
-Dagmara - położył swoją dłoń na moich. - Wstajemy dopiero o dziewiątej. To jeszcze trzy godziny. Chcesz ze mną poleżeć? - wskazał miejsce obok siebie.
-Tak - skinęłam głową i wsunęłam się pod kołdrę. Położyłam się na plecach i odetchnęłam głęboko. Otoczył mnie zapach Javiera, tak intensywny, że aż zakręciło mi się w głowie. Nie dotknął mnie, a ja już prawie odleciałam!
-Jak było na meczu? - spytał, leżąc na boku i patrząc na mnie z uśmiechem. Nawet nie podejrzewał co robił ze mną jedynie posługując się własną wonią! To była najpiękniejsza rzecz jaką kiedykolwiek wąchałam!
-Świetnie, Robert strzelił dla mnie gola jak obiecał. - Na samo wspomnienie euforii po zdobyciu bramki przez moją twarz przemknął uśmiech. Nie zagościł jednak długo, bo Hiszpan, o sorry, Bask, nie dał mi się na niczym skupić.
-Widzieliśmy - przytaknął. - Jordi opowiedział nam jak Lewandowski jest dla ciebie ważny.
-Papla! - warknęłam i zacisnęłam pięści. - Nie wolno was zostawić samych nawet na sekundę!
-Można... - popatrzył na mnie uważnie. - Coś się stało? Jesteś napięta jak struna.
-Gorąco mi! - fuknęłam. Usiadłam, zrzuciłam bluzę i znowu się położyłam. - Poza tym... - szepnęłam. - Nie wiem czemu mówię to tobie - westchnęłam i zajęłam się kręceniem paluchami. Podejrzewam, że jakby nie wziął mnie za ręce to urwałabym palce i na tym by się skończyło.
-Wal prosto z mostu. Nie bardzo rozumiem te babskie rozważania - powiedział szczerze.
-To dobrze - pokiwałam głową. - Nie potrafię owijać w bawełnę, bo nic mi z tego nie wychodzi. Wychowali mnie faceci, myślę jak oni... - wzięłam oddech. - Coś mi zrobiłeś, że nie potrafię przestać o tobie myśleć! - odwróciłam się do niego twarzą. - Javi... - jęknęłam. Zamiast odpowiedzi dostałam soczystego całusa. Potem następnego i następnego. Ręka Javiera wylądowała na mojej talii, moje na jego torsie. Jego dotyk palił mnie żywym ogniem. Jak żyję nic takiego nie czułam!
Zsunął usta na moją szyję i zupełnie odleciałam. Jego usta były miękkie, delikatne i sprawiały mi niesamowitą przyjemność.
Potem jego ręka pojawiła się pod moją koszulką, a mnie olśniło...
-Nie mam stanika! - krzyknęłam zanim pomyślałam. Javi roześmiał się wesoło i przyciągnął mnie jeszcze bliżej. Stykaliśmy się ciałami, a ja czułam jak moje sutki ocierają się o jego tors przez cienką bawełnę.
-Bez bluzki będzie ci wygodniej - wyszeptał z szelmowskim błyskiem w oku.
-Widzę, że trzeba wysłać cię do laryngologa - syknęłam. - Albo lekarza leczącego schorzenia związane z pamięcią. To, że działasz na mnie tak jak działasz, nie oznacza, że będziemy się bzykać jak dzikie kuny w agreście!
-Chcę cię, Gallardo... - wyszeptał mi do ucha w taki sposób, że po skórze przeszedł mi dreszcz. - Nie na raz, nie na dwa... Zaczaruj mnie, a dostaniesz królestwo - dodał z uśmiechem.
-Od czarownia to jesteś tu ty, ja nie mam różdżki między nogami - burknęłam. Roześmiał się jeszcze radośniej i cmoknął mnie w policzek.
-Jesteś niesamowita - potarł swój nos o mój, a potem mnie pocałował. Oczywiście w tym czasie zaczął dzwonić mój telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni bluzy i westchnęłam.
-Czego? - odebrałam.
~Gdzie jesteś? Ochrona mówiła, że wróciłaś ponad godzinę temu - odezwała się Angelika.
-Czego chcesz? - zignorowałam jej słowa.
~Drużyna wyjeżdża dziś do Gdańska. Spakuj się i pomóż sztabowi. Autobus będzie zaraz po obiedzie.
-Dobra - rozłączyłam się. - Służba czeka - przeciągnęłam się, ostatni raz pocałowałam Javiera i wstałam.
-Co jest między tobą a Angeliką? - usiadł na łóżku.
-To jest wyższy poziom. Znacznie wyższy niż seks - mruknęłam i wyszłam.
10. Franz, Niemcy czekają na takiego chłopa jak ty!
Gdy się ocknęłam było już
ciemno i chyba dosyć późno. Fabregas spał obok mnie, a jego kończyna
dolna spoczywała na moim brzuchu. Łydka Cesca wrzynająca mi się w ciało
to nic przyjemnego!
Odepchnęłam go i usiadłam.
-To ja powinienem wygrać... Iker, nie umiesz przegrywać! - wymamrotał. Wzruszyłam ramionami i wyjęłam telefon. Byłam tak pomysłowa, że przed pójściem spać go wyciszyłam. Efekt? 43 nieodebrane połączenia od Angeliki, 15 od Vazqueza, 13 od Tello, 8 od Bartry i pojedyncze prawie od każdego z drużyny. Do tego multum smsów, gdzie jestem?!
Wstałam i cichaczem wyszłam z pokoju. Pokój Fabregasa był na końcu korytarza, mój kawałek dalej. Musiałam tylko minąć pokój Pique, Ramosa i Torresa, a po drugiej stronie Cazorli, Silvy i Alby... Strefa śmierci, normalnie!
-Gallardo! - wysyczało coś za mną, gdy już sięgałam po swoją klamkę.
-Sergito - sapnęłam na widok Ramosa. - Czemu mnie straszysz? - fuknęłam.
-Gdzie byłaś? - wziął się pod boki.
-Stary, wyglądając jak wściekła rodzicielka, gdy jej dziecko wraca nad ranem w dosyć wesołym stanie, nie zrobisz na mnie najmniejszego wrażenia? Czemu, otóż już spieszę z odpowiedzią... - zrobiłam chwilę ciszy. - Ramos, na mnie nigdy nikt tak nie czekał! - wrzasnęłam.
-Nie licząc Lewandowskiego, gdy raz miałaś wrócić z treningu chwilę po nim, a przytoczyłaś się po pięciu godzinach brudna jak świnia, która przed chwilą zażywała kąpieli błotnej, z porwanym ubraniem i podrapanym ciałem. Można było sądzić, że ktoś ją zgwałcił, a tak naprawdę spotkała Szczęsnego i poszli pograć w piłkę, co w ich przypadku skończyło się ostrą bójką. Miała dwanaście lat - wypaplał Jordi, stojący w drzwiach swojego pokoju.
-Gadaj dalej, gadaj! Jeszcze opowiedz jak dla zakładu skakałam z mostu Poniatowskiego! - tupnęłam nogą.
-Lewy złapał ją w ostatniej chwili - dodał Jordi. - Ponoć dostała wtedy od niego lanie.
-Muszę go poznać - Ramos zatarł ręce.
-Ciekawe po co? - teraz to ja wzięłam się pod boki.
-Znasz jeszcze jakieś smaczki? - spytał Jordiego.
-Całe mnóstwo! Można o wyczynach Dagmary napisać niezłą książkę - uśmiechnął się wrednie. - Komedio-dramat. Jej wyczyny to komedia, konsekwencje to dramat.
-Alba, stul pysk! - warknęłam i weszłam do pokoju. Dochodziła piąta rano, więc najwyższy czas się zbierać do podróży. Dojechać do Gdańska to koło godziny, potem pociągiem do Warszawy to ze cztery... Przed południem powinnam zawitać w stolicy.
Standardowo wrzuciłam wszystko do swojego plecaczka. Z zacnego pudła od Adidasa wyciągnęłam czerwone dresy, swoje czerwone buciki i swój zegarek. Z paczki od Anki wyjęłam białą bluzę z Nike i reprezentacyjną koszulkę Lewego. Byłam gotowa do wyjścia!
Wyjrzałam na korytarz, ale nikogo nie zobaczyłam. Angela pewnie jeszcze spała. Zarzuciłam plecak na ramiona i go! Warszawko, nadchodzę!
W połowie drogi oczywiście ktoś musiał mnie zawołać!
-Dagmara! - odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Marcem.
-Czego chcesz, Bartra? - założyłam ręce na piersi.
-Gdzie się wybierasz? Daga, przyjechaliśmy tu dla ciebie, a ty znowu zwiewasz!
-Jadę na mecz otwarcia. Grają tam moi przyjaciele i, no wybacz, ale muszę tam być! - tupnęłam nogą. Popatrzył na mnie uważnie.
-Gdzie byłaś całą noc? - spytał spokojnie.
-Chowałam się przed Angelą, po wielu przebojach zasnęłam u Fabregasa - odpowiedziałam szczerze.
-Daguś, czy jest ktoś kto sprawił, że zaczęłaś przechodzić samą siebie?
-Marc, nikt nie musi tego sprawiać, przechodzę samą z siebie i tak - rozłożyłam ręce. - Chyba jest - mruknęłam. - Ale nie mów Alvaro. Może to tylko jeden z moich odchyłów, a wiem jak ciężko jest przeżyć myśl, że ktoś kto kiedyś był dla ciebie całym światem kogoś ma...
-Naprawdę nie czujesz do niego nic więcej? Serio? - zmrużył oczy.
-Bartra - położyłam mu dłoń na sercu. - Kocham go równie mocno co ciebie i Cristiana. Jednak zawsze będę pamiętać o tym co było między nami. Traktuję to jako wspaniałą przeszłość, ale nic więcej - wzruszyłam ramionami.
-Rozumiem - pokiwał głową. - Bo on chyba się z kimś spotyka, ale boi się nam powiedzieć.
-Dajcie mu czas - puściłam mu oczko i odruchowo spojrzałam na schody. Stał tam Javi w towarzystwie Fernando Llorente. - Wrócę dziś w nocy, albo jutro rano... Zależy jak rozłoży mi się świętowanie - wyszczerzyłam się.
-Daga, reprezentacja Polski ma niezłych piłkarzy, ale nie idzie im składanie tego w całość - mruknął.
-Jeden z tych niezłych obiecał mi gola. To będę oblewać. Lewy jak coś mi obiecuje to zawsze tego dotrzymuje. Pa! - pocałowałam go w policzek i wsiadłam do windy. Jestem pewna, że Javier mnie zauważył, ale jakoś ja nie chciałam zauważać jego...
Gdy ma się ukochane miejsce na ziemi, wszystko ma swoją historię i wiąże się z jakąś przygodą. Z racji tego, że mam zmysł włóczykija mam kilka kochanych miast, jednym z nich jest Warszawa.
Wysiadając na Centralnym z pociągu uśmiechnęłam się szeroko. Wracałam do domu dziadków metrem, ale zanim się tam doczłapałam z radością przyglądałam się mijającym mnie ludziom. Wszyscy byli ubrani w barwy narodowe, wyszczerzeni, wyśpiewywali pieśni, tańcowali i generalnie panowała radość. Gdzie się tylko nie rozejrzałam wszystko było biało-czerwone! Ludzie w śmiesznych perukach, szaliki na szyjach, pomalowane paszcze, piwko w dłoni i świętowanie!
Ubrana byłam doskonale, więc nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.
Minęłam warszawską patelnię i wkroczyłam do metra. Władowałam się do pociągu jadącego w stronę Młocin i przymknęłam oczy. W 2008 roku oddano do użytku wszystkie stacje metra. Do dziś pamiętam jak wpadłam ze Szczęsnym na Stare Bielany i śmiałam się z niego, że on z Pragi będzie jeździł dłużej do Centrum niż ja. Prawie mi wtedy łeb przycięło w drzwiach wagonu, a potem rozpędzona wpadłam na bramkę, która miała być otwarta... ale nie była, więc przeleciałam przez nią w widowiskowy sposób. Otwarcie metra skończyło się dla mnie boleśnie... Na koniec dnia odwiedził mnie jeszcze Lewy i ochrzanił, że jak się nie ogarnę to się pozabijam ze Szczęsnym. Trudno się z nim nie zgodzić.
Weszłam do domu i jak zwykle rzuciłam buty w kąt.
-To się sprząta! - powitał mnie okrzyk dziadka.
-Zaraz! - odparłam i weszłam do kuchni.
-Kto przyszedł? Ania, to ty? - doleciał do mnie głos babci. - Zrobiłam dla Robertita ravioli to możesz mu zanieść. Marnie ich karmią na tym zgrupowaniu - narzekała.
-Jest ravioli?! - ucieszyłam się i zaczęłam zaglądać do garnków.
-Daga! To dla Roberto! - stanęła obok mnie i wzięła się pod boki.
-Głodna jestem - usiadłam przy stole. - Wiesz jak na zgrupowaniu marnie karmią? - przedrzeźniałam ją.
-Proszę - nałożyła mi na talerz dwa gołąbki. - Jak tam Jordi? - zainteresowała się.
-Żyje, ale zmizerniał. Napakuj mu żarcia to mu zawiozę - pokiwałam głową.
-Ty już nie bądź taka uczynna - roześmiał się dziadek, który stanął w drzwiach. - Jak twoja trójca?
-Spoko, serio - przełknęłam porządny kęs. - Myślicie, że mnie wpuszczą do hotelu? Co to jest? Hyatt?
-Nie wpuszczą, słońce. Nawet Ania nie może wejść - pokręciła głową babcia.
-Ale ja mam to - pomachałam im swoją legitymacją.
-Ale to jest hiszpańskie, mała - westchnął.
-DAGMARA?! - darło się coś od progu.
-Stachurska! - ucieszyłam się na widok przyjaciółki.
-Dzień dobry - uśmiechnęła się do dziadków. - Chodź, przy masie szczęścia zobaczysz się z chłopakami przed meczem.
-Włamiemy się na Narodowy, a ja schowam się w szafce? - zaśmiałam się i wepchnęłam pudełko z robertowym ravioli do plecaka.
-Chciałabyś - popukała się w czoło. - Do zobaczenia! - pożegnała się i wyszłyśmy. Zapakowałyśmy się do białego audi Lewego i Stachurska ruszyła. - Możesz zostać pseudo tłumaczem.
-Co? - nie załapałam.
-Masz status tłumacza polsko-hiszpańskiego. Na tym - wskazała moją legitymację, która z dumą wisiała mi na szyi. - Masz to zapisane.
-Angielski też mam - pochwaliłam się.
-Trzeba będzie tylko skutecznie omamić ochronę i jesteś w hotelu. Robert się nigdy nie przyzna, ale bardzo liczy, że będziesz na meczu - uśmiechnęła się.
-Poruszyłabym niebo i ziemię, ale mimo wszystko bym tu była - powiedziałam pewnie. - Tylko nie wiem co z dalszymi meczami.
-Skup się na dzisiejszym - zatrzymała się na parkingu. - Belwederska - dodała.
-Dzięki - wyskoczyłam z auta i raźnym krokiem ruszyłam do hotelu. - Tłumacz z UEFA - powiedziałam do ochroniarza. Machnęłam mu przed nosem legitką, sprytnie zasłaniając znaczek hiszpańskiej federacji.
-Nie mam zapisanego, że był wzywany - zajrzał do swoich karteluszek.
-A kim pan jest, że ma być informowany o wszystkim? - fuknęłam. - Sprawa jest poufna, ale skoro koniecznie pan chcę to zadzwonię do prezesa Lato i wyjaśnię o co chodzi - wyjęłam telefon.
-Eee... - zająkał się. Niestety, mój pomysł blefowania kończył się tu... W ogóle strasznie naciągana sprawa! Jestem z UEFA i dzwonię do tego wypiedka Lato? A gdzie Platini?!
Rozejrzałam się i jak zwykle dobry Bóg mnie nie opuścił!
-Panie Lewandowski! Przysłało mnie UEFA, muszę z panem pilnie porozmawiać. To ściśle tajna sprawa - powiedziałam do Lewego, który wyglądał jakby zobaczył ducha. - Mogę iść? - zwróciłam sie do ochroniarza, a on tylko pokiwał głową. - Panie Lewandowski, kilka pytań do pana i jest pan wolny - nawijałam mając na twarzy poważną minę. Wsiedliśmy do winy, a gdy drzwi się zamknęły...
-Daga! Kurwa, co ty wyprawiasz, smarkaczu?! - warknął.
-To ja ci robię niespodziankę, a ty jeszcze na mnie krzyczysz?! - warknęłam. - Do tego tacham dla ciebie żarło od babci!
-Co? - zainteresował się.
-Ravioli- podałam mu pudełeczko z pierożkami.
-Kocham ją - uśmiechnął się szeroko. - Ciebie też - objął mnie za szyję. - Chociaż masz pierze zamiast mózgu!
-Dobrze, że pierze zamiast pustki - wyszczerzyłam się i udaliśmy się do pokoju Lewego.
-Anka ma dla ciebie bilet. Tak na wszelki wypadek zostawiłem - rozsiadł się na łóżku i zaczął jeść. Tylko nieborak nie zamknął drzwi.
-Robe... - w progu stanął Szczęsny i otworzył paszczę.
-Nie wrzeszcz, bo jest tu nielegalnie - ubiegł go Robert.
-Co tu robisz, szczurze?! - złapał mnie w pasie i zaczął łaskotać.
-Sam jesteś szczur! - próbowałam się wyrwać. Lewy, który był zajęty jedzeniem miał nas gdzieś. Mogliśmy się pozabijać, byle nie w jego jedzenie. Dopiero potem się za nas weźmie.
-Tak, panie trenerze! Jakiś tłumacz z UEFA! - usłyszeliśmy, ale zanim zdążyłam coś zrobić, a tym bardziej się schować, było za późno... W drzwiach, których nie raczył zamknąć za sobą Szczęsny, stał Smuda!
-Dagmara - zacmokał, a po plecach przeszedł mi dreszcz obrzydzenia.
-Franz - wycedziłam i też cmoknęłam. Zmierzył mnie morderczym spojrzeniem, a potem oblukał tak samo chłopaków. Biedny Lewy o mało zakrztusił się babcinym pierożkiem.
-Co tu robisz? Chociaż chyba powinienem spytać od kiedy pracujesz dla UEFA? - założył ręce na piersi.
-Podlegam UEFA, a to prawie to samo co pracuję. Jestem tłumaczem hiszpańskiej reprezentacji, dziś wspieram przyjaciół - wskazałam na chłopaków. - Jakiś problem?
-Na takie coś powinienem udzielić ci pozwolenia, a raczej nie mam sklerozy i niczego takiego nie podpisywałem - warknął.
-Może było nie było zer na kartce i jej nie zauważyłeś? - odparowałam bezczelnie. - To jakiś radar w tym gargamelowatym nosie?
-Wyjdź - wskazał mi drzwi. - Ani się waż więcej pokazywać tam, gdzie nie powinno cię być.
-Do zobaczenia, proszę pozdrowić prezesa Latę. Mam nadzieję, że niedługo wylądujecie na bezrobociu! - dodałam słodko na koniec.
-Miejmy nadzieję, że razem z tobą! Oby Hiszpanie szybko się na tobie poznali! - wysyczał.
-Nie zobaczysz tego. Wyprowadzam się - spojrzałam na chłopaków. - Wracam do Barcelony - Lewy się uśmiechnął i kiwnął głową. - Franz, Niemcy czekają na takiego chłopa jak ty! - uderzyłam go delikatnie pięścią w pierś. - Zuch! Pa! - machnęłam dłonią i błyskawicznie się ulotniłam. Mam tylko nadzieję, że nie narobiłam tym problemów chłopakom...
Odepchnęłam go i usiadłam.
-To ja powinienem wygrać... Iker, nie umiesz przegrywać! - wymamrotał. Wzruszyłam ramionami i wyjęłam telefon. Byłam tak pomysłowa, że przed pójściem spać go wyciszyłam. Efekt? 43 nieodebrane połączenia od Angeliki, 15 od Vazqueza, 13 od Tello, 8 od Bartry i pojedyncze prawie od każdego z drużyny. Do tego multum smsów, gdzie jestem?!
Wstałam i cichaczem wyszłam z pokoju. Pokój Fabregasa był na końcu korytarza, mój kawałek dalej. Musiałam tylko minąć pokój Pique, Ramosa i Torresa, a po drugiej stronie Cazorli, Silvy i Alby... Strefa śmierci, normalnie!
-Gallardo! - wysyczało coś za mną, gdy już sięgałam po swoją klamkę.
-Sergito - sapnęłam na widok Ramosa. - Czemu mnie straszysz? - fuknęłam.
-Gdzie byłaś? - wziął się pod boki.
-Stary, wyglądając jak wściekła rodzicielka, gdy jej dziecko wraca nad ranem w dosyć wesołym stanie, nie zrobisz na mnie najmniejszego wrażenia? Czemu, otóż już spieszę z odpowiedzią... - zrobiłam chwilę ciszy. - Ramos, na mnie nigdy nikt tak nie czekał! - wrzasnęłam.
-Nie licząc Lewandowskiego, gdy raz miałaś wrócić z treningu chwilę po nim, a przytoczyłaś się po pięciu godzinach brudna jak świnia, która przed chwilą zażywała kąpieli błotnej, z porwanym ubraniem i podrapanym ciałem. Można było sądzić, że ktoś ją zgwałcił, a tak naprawdę spotkała Szczęsnego i poszli pograć w piłkę, co w ich przypadku skończyło się ostrą bójką. Miała dwanaście lat - wypaplał Jordi, stojący w drzwiach swojego pokoju.
-Gadaj dalej, gadaj! Jeszcze opowiedz jak dla zakładu skakałam z mostu Poniatowskiego! - tupnęłam nogą.
-Lewy złapał ją w ostatniej chwili - dodał Jordi. - Ponoć dostała wtedy od niego lanie.
-Muszę go poznać - Ramos zatarł ręce.
-Ciekawe po co? - teraz to ja wzięłam się pod boki.
-Znasz jeszcze jakieś smaczki? - spytał Jordiego.
-Całe mnóstwo! Można o wyczynach Dagmary napisać niezłą książkę - uśmiechnął się wrednie. - Komedio-dramat. Jej wyczyny to komedia, konsekwencje to dramat.
-Alba, stul pysk! - warknęłam i weszłam do pokoju. Dochodziła piąta rano, więc najwyższy czas się zbierać do podróży. Dojechać do Gdańska to koło godziny, potem pociągiem do Warszawy to ze cztery... Przed południem powinnam zawitać w stolicy.
Standardowo wrzuciłam wszystko do swojego plecaczka. Z zacnego pudła od Adidasa wyciągnęłam czerwone dresy, swoje czerwone buciki i swój zegarek. Z paczki od Anki wyjęłam białą bluzę z Nike i reprezentacyjną koszulkę Lewego. Byłam gotowa do wyjścia!
Wyjrzałam na korytarz, ale nikogo nie zobaczyłam. Angela pewnie jeszcze spała. Zarzuciłam plecak na ramiona i go! Warszawko, nadchodzę!
W połowie drogi oczywiście ktoś musiał mnie zawołać!
-Dagmara! - odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Marcem.
-Czego chcesz, Bartra? - założyłam ręce na piersi.
-Gdzie się wybierasz? Daga, przyjechaliśmy tu dla ciebie, a ty znowu zwiewasz!
-Jadę na mecz otwarcia. Grają tam moi przyjaciele i, no wybacz, ale muszę tam być! - tupnęłam nogą. Popatrzył na mnie uważnie.
-Gdzie byłaś całą noc? - spytał spokojnie.
-Chowałam się przed Angelą, po wielu przebojach zasnęłam u Fabregasa - odpowiedziałam szczerze.
-Daguś, czy jest ktoś kto sprawił, że zaczęłaś przechodzić samą siebie?
-Marc, nikt nie musi tego sprawiać, przechodzę samą z siebie i tak - rozłożyłam ręce. - Chyba jest - mruknęłam. - Ale nie mów Alvaro. Może to tylko jeden z moich odchyłów, a wiem jak ciężko jest przeżyć myśl, że ktoś kto kiedyś był dla ciebie całym światem kogoś ma...
-Naprawdę nie czujesz do niego nic więcej? Serio? - zmrużył oczy.
-Bartra - położyłam mu dłoń na sercu. - Kocham go równie mocno co ciebie i Cristiana. Jednak zawsze będę pamiętać o tym co było między nami. Traktuję to jako wspaniałą przeszłość, ale nic więcej - wzruszyłam ramionami.
-Rozumiem - pokiwał głową. - Bo on chyba się z kimś spotyka, ale boi się nam powiedzieć.
-Dajcie mu czas - puściłam mu oczko i odruchowo spojrzałam na schody. Stał tam Javi w towarzystwie Fernando Llorente. - Wrócę dziś w nocy, albo jutro rano... Zależy jak rozłoży mi się świętowanie - wyszczerzyłam się.
-Daga, reprezentacja Polski ma niezłych piłkarzy, ale nie idzie im składanie tego w całość - mruknął.
-Jeden z tych niezłych obiecał mi gola. To będę oblewać. Lewy jak coś mi obiecuje to zawsze tego dotrzymuje. Pa! - pocałowałam go w policzek i wsiadłam do windy. Jestem pewna, że Javier mnie zauważył, ale jakoś ja nie chciałam zauważać jego...
Gdy ma się ukochane miejsce na ziemi, wszystko ma swoją historię i wiąże się z jakąś przygodą. Z racji tego, że mam zmysł włóczykija mam kilka kochanych miast, jednym z nich jest Warszawa.
Wysiadając na Centralnym z pociągu uśmiechnęłam się szeroko. Wracałam do domu dziadków metrem, ale zanim się tam doczłapałam z radością przyglądałam się mijającym mnie ludziom. Wszyscy byli ubrani w barwy narodowe, wyszczerzeni, wyśpiewywali pieśni, tańcowali i generalnie panowała radość. Gdzie się tylko nie rozejrzałam wszystko było biało-czerwone! Ludzie w śmiesznych perukach, szaliki na szyjach, pomalowane paszcze, piwko w dłoni i świętowanie!
Ubrana byłam doskonale, więc nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.
Minęłam warszawską patelnię i wkroczyłam do metra. Władowałam się do pociągu jadącego w stronę Młocin i przymknęłam oczy. W 2008 roku oddano do użytku wszystkie stacje metra. Do dziś pamiętam jak wpadłam ze Szczęsnym na Stare Bielany i śmiałam się z niego, że on z Pragi będzie jeździł dłużej do Centrum niż ja. Prawie mi wtedy łeb przycięło w drzwiach wagonu, a potem rozpędzona wpadłam na bramkę, która miała być otwarta... ale nie była, więc przeleciałam przez nią w widowiskowy sposób. Otwarcie metra skończyło się dla mnie boleśnie... Na koniec dnia odwiedził mnie jeszcze Lewy i ochrzanił, że jak się nie ogarnę to się pozabijam ze Szczęsnym. Trudno się z nim nie zgodzić.
Weszłam do domu i jak zwykle rzuciłam buty w kąt.
-To się sprząta! - powitał mnie okrzyk dziadka.
-Zaraz! - odparłam i weszłam do kuchni.
-Kto przyszedł? Ania, to ty? - doleciał do mnie głos babci. - Zrobiłam dla Robertita ravioli to możesz mu zanieść. Marnie ich karmią na tym zgrupowaniu - narzekała.
-Jest ravioli?! - ucieszyłam się i zaczęłam zaglądać do garnków.
-Daga! To dla Roberto! - stanęła obok mnie i wzięła się pod boki.
-Głodna jestem - usiadłam przy stole. - Wiesz jak na zgrupowaniu marnie karmią? - przedrzeźniałam ją.
-Proszę - nałożyła mi na talerz dwa gołąbki. - Jak tam Jordi? - zainteresowała się.
-Żyje, ale zmizerniał. Napakuj mu żarcia to mu zawiozę - pokiwałam głową.
-Ty już nie bądź taka uczynna - roześmiał się dziadek, który stanął w drzwiach. - Jak twoja trójca?
-Spoko, serio - przełknęłam porządny kęs. - Myślicie, że mnie wpuszczą do hotelu? Co to jest? Hyatt?
-Nie wpuszczą, słońce. Nawet Ania nie może wejść - pokręciła głową babcia.
-Ale ja mam to - pomachałam im swoją legitymacją.
-Ale to jest hiszpańskie, mała - westchnął.
-DAGMARA?! - darło się coś od progu.
-Stachurska! - ucieszyłam się na widok przyjaciółki.
-Dzień dobry - uśmiechnęła się do dziadków. - Chodź, przy masie szczęścia zobaczysz się z chłopakami przed meczem.
-Włamiemy się na Narodowy, a ja schowam się w szafce? - zaśmiałam się i wepchnęłam pudełko z robertowym ravioli do plecaka.
-Chciałabyś - popukała się w czoło. - Do zobaczenia! - pożegnała się i wyszłyśmy. Zapakowałyśmy się do białego audi Lewego i Stachurska ruszyła. - Możesz zostać pseudo tłumaczem.
-Co? - nie załapałam.
-Masz status tłumacza polsko-hiszpańskiego. Na tym - wskazała moją legitymację, która z dumą wisiała mi na szyi. - Masz to zapisane.
-Angielski też mam - pochwaliłam się.
-Trzeba będzie tylko skutecznie omamić ochronę i jesteś w hotelu. Robert się nigdy nie przyzna, ale bardzo liczy, że będziesz na meczu - uśmiechnęła się.
-Poruszyłabym niebo i ziemię, ale mimo wszystko bym tu była - powiedziałam pewnie. - Tylko nie wiem co z dalszymi meczami.
-Skup się na dzisiejszym - zatrzymała się na parkingu. - Belwederska - dodała.
-Dzięki - wyskoczyłam z auta i raźnym krokiem ruszyłam do hotelu. - Tłumacz z UEFA - powiedziałam do ochroniarza. Machnęłam mu przed nosem legitką, sprytnie zasłaniając znaczek hiszpańskiej federacji.
-Nie mam zapisanego, że był wzywany - zajrzał do swoich karteluszek.
-A kim pan jest, że ma być informowany o wszystkim? - fuknęłam. - Sprawa jest poufna, ale skoro koniecznie pan chcę to zadzwonię do prezesa Lato i wyjaśnię o co chodzi - wyjęłam telefon.
-Eee... - zająkał się. Niestety, mój pomysł blefowania kończył się tu... W ogóle strasznie naciągana sprawa! Jestem z UEFA i dzwonię do tego wypiedka Lato? A gdzie Platini?!
Rozejrzałam się i jak zwykle dobry Bóg mnie nie opuścił!
-Panie Lewandowski! Przysłało mnie UEFA, muszę z panem pilnie porozmawiać. To ściśle tajna sprawa - powiedziałam do Lewego, który wyglądał jakby zobaczył ducha. - Mogę iść? - zwróciłam sie do ochroniarza, a on tylko pokiwał głową. - Panie Lewandowski, kilka pytań do pana i jest pan wolny - nawijałam mając na twarzy poważną minę. Wsiedliśmy do winy, a gdy drzwi się zamknęły...
-Daga! Kurwa, co ty wyprawiasz, smarkaczu?! - warknął.
-To ja ci robię niespodziankę, a ty jeszcze na mnie krzyczysz?! - warknęłam. - Do tego tacham dla ciebie żarło od babci!
-Co? - zainteresował się.
-Ravioli- podałam mu pudełeczko z pierożkami.
-Kocham ją - uśmiechnął się szeroko. - Ciebie też - objął mnie za szyję. - Chociaż masz pierze zamiast mózgu!
-Dobrze, że pierze zamiast pustki - wyszczerzyłam się i udaliśmy się do pokoju Lewego.
-Anka ma dla ciebie bilet. Tak na wszelki wypadek zostawiłem - rozsiadł się na łóżku i zaczął jeść. Tylko nieborak nie zamknął drzwi.
-Robe... - w progu stanął Szczęsny i otworzył paszczę.
-Nie wrzeszcz, bo jest tu nielegalnie - ubiegł go Robert.
-Co tu robisz, szczurze?! - złapał mnie w pasie i zaczął łaskotać.
-Sam jesteś szczur! - próbowałam się wyrwać. Lewy, który był zajęty jedzeniem miał nas gdzieś. Mogliśmy się pozabijać, byle nie w jego jedzenie. Dopiero potem się za nas weźmie.
-Tak, panie trenerze! Jakiś tłumacz z UEFA! - usłyszeliśmy, ale zanim zdążyłam coś zrobić, a tym bardziej się schować, było za późno... W drzwiach, których nie raczył zamknąć za sobą Szczęsny, stał Smuda!
-Dagmara - zacmokał, a po plecach przeszedł mi dreszcz obrzydzenia.
-Franz - wycedziłam i też cmoknęłam. Zmierzył mnie morderczym spojrzeniem, a potem oblukał tak samo chłopaków. Biedny Lewy o mało zakrztusił się babcinym pierożkiem.
-Co tu robisz? Chociaż chyba powinienem spytać od kiedy pracujesz dla UEFA? - założył ręce na piersi.
-Podlegam UEFA, a to prawie to samo co pracuję. Jestem tłumaczem hiszpańskiej reprezentacji, dziś wspieram przyjaciół - wskazałam na chłopaków. - Jakiś problem?
-Na takie coś powinienem udzielić ci pozwolenia, a raczej nie mam sklerozy i niczego takiego nie podpisywałem - warknął.
-Może było nie było zer na kartce i jej nie zauważyłeś? - odparowałam bezczelnie. - To jakiś radar w tym gargamelowatym nosie?
-Wyjdź - wskazał mi drzwi. - Ani się waż więcej pokazywać tam, gdzie nie powinno cię być.
-Do zobaczenia, proszę pozdrowić prezesa Latę. Mam nadzieję, że niedługo wylądujecie na bezrobociu! - dodałam słodko na koniec.
-Miejmy nadzieję, że razem z tobą! Oby Hiszpanie szybko się na tobie poznali! - wysyczał.
-Nie zobaczysz tego. Wyprowadzam się - spojrzałam na chłopaków. - Wracam do Barcelony - Lewy się uśmiechnął i kiwnął głową. - Franz, Niemcy czekają na takiego chłopa jak ty! - uderzyłam go delikatnie pięścią w pierś. - Zuch! Pa! - machnęłam dłonią i błyskawicznie się ulotniłam. Mam tylko nadzieję, że nie narobiłam tym problemów chłopakom...
9. Nie wyobrażaj sobie za dużo, Martinez!
Siedziałam sobie grzecznie
na ławce i patrzyłam jak piłkarze trenują. Ręce miałam na kolanach i
nawet się nie ruszałam, a od kilku minut jakaś upierdliwa mucha gryzła
mnie w łydkę!
Miałam na sobie czerwoną bluzę, białą bluzkę i szare spodnie. O dziwo, modele damskie. Poza tym dostałam nie muszę już chodzić w ciuchach reprezentacji, no, chyba, że podczas meczu. Do tego Adidas dostarczył całe pudło ciuchów na mój kościsty tyłek. Ucieszyło to nie tyle mnie, co piłkarzy, którym zabierałam ubrania.
-Alba mówi, że na coś czekasz - obok mnie usiadł trener. - Ponoć masz wrodzony skręt kiszek i dlatego zawsze się tak kręcisz - uśmiechnął się serdecznie.
-Alba się nie zna - mruknęłam.
-Gallardo, słucham! - klasnął w dłonie.
-Mogę jutro jechać do Warszawy na mecz Polska-Grecja? - wypaliłam i wstrzymałam oddech.
-Wniosek trafił do rozpatrzenia...Decyzja... Pozytywna - uśmiechnął się.
-Dzięki! - zapiszczałam i rzuciłam mu się na szyję. - Mister, jest pan wielki! Jadę na otwarcie! - weszłam na ławkę i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Piłkarze i kibice patrzyli na mnie dziwnie, ale miałam to gdzieś.
-Dagmara, ciebie da się wychować, co? - pociągnął mnie za rękę i zmusił, żebym usiadła. - Patrząc na ciebie wnioskuję, że gdy się wściekniesz to trzęsie się ziemia... System nagradzania, a nie karania, prawda?
-Oj, zna się pan na ludziach, trenerze - pokiwałam głową.
-Nie na darmo nim jestem - puścił mi oczko.
-Jadę! - zawołałam po polsku. - Polska, biało-czerwoni!!! - zaczęłam skakać. - Mogę ich czegoś nauczyć? - wróciłam na hiszpański.
-Możesz - pokiwał głową.
-Powtarzajcie za mną! - krzyknęłam do piłkarzy. - DO BOJU POLSKO!
-Co? - spytał Javi.
-GRECKA KURWA SIALA LA LA! - skakałam.
-Trenerze? - piłkarze bezradnie spojrzeli na del Bosque.
-JADĘ DO WARSZAWY! DO WARSZAWY! - cieszyłam się.
Angelika właśnie wyszła z hotelu i usłyszała dzikie wrzaski siostry.
-Filip! - syknęła do chłopaka, który siedział przy stoliku pod parasolem i pracował przy laptopie.
-Tak, skarbie? - uśmiechnął się.
-Słyszysz ją?!
-Słyszę - przytaknął.
-Jak to jedzie do Warszawy? Przecież ona tu pracuje! - tupnęła nogą.
-Jeżeli trener jej pozwolił to ja nie mam nic do powiedzenia - mruknął.
-Płacisz jej! Jak to nie masz!
-Już nie płacę. Hiszpanie są nią zachwyceni, zwłaszcza piłkarze, którzy nie mogą się nachwalić. Spełnia każde jej prośby. Od rana trajkocze po hiszpańsku, wszyscy się śmieją. Kotku, jest dobra. Zauważ jak płynnie przechodzi z hiszpańskiego na polski, a nawet angielski!
-Wiesz, co widziałam w nocy? - usiadła obok niego. - Prawie przeleciała jakiegoś piłkarza! - szepnęła.
-Dagmara jest dorosła, nie mamy prawa się wtrącać - wzruszył ramionami. - Poza tym to chyba ktoś może ją przelecieć, nie odwrotnie - zachichotał.
-WIO!!! - zapiszczała obok nich Daga. Ciemnowłosy chłopak niósł ją na baranach i śmiał się wesoło.
-Ten! - syknęła Angelika.
-Javier Martinez, z tego co opowiadała mi mama... - urwał, bo jego dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. - Mama czyta wszystkie plotkarskie gazety i jest na portalach w sieci. Zainteresowała się naszymi gośćmi! - wyjaśnił szybko. - Javi rozstał się z dziewczyną kilka tygodni przed Euro. Nie musisz się o nią martwić.
-Martwię się o niego. Wbrew wszystkiemu co mówi Dagmara... Ona się puszcza na lewo i prawo. Myślisz, że ja nie wiem co łączy ją i Szczęsnego? Wiem! - pokiwała głową, wstała i poszła do hotelu bez dalszych wyjaśnień.
Dzień zleciał mi w tempie ekspresowym. Spełniałam każdą zachciankę piłkarzy (nawet przyniosłam Ramosowi szpilki... No, może faktycznie zabrałam je Angeli, ale mówił, że są mu potrzebne!). Dopiero potem dowiedziałam się, że grają w jakąś głupkowatą grę.
-Daga - przede mną stanął Bartra. - Czemu jak dzwonię na recepcję to odzywa się twój głos, ale mnie nie rozumie?
-Bo to Angela - wzruszyłam ramionami. - Wiesz, ona nie kuma po hiszpańsku.
-Założę się... - obok wyłonił się Mata. - Że nie potrafisz udawać siostry.
-Podbijam! - klasnął w dłonie Silva.
-Sto euro! - zatarł ręce Cazorla.
-Chłopaczki - wzięłam się pod boki. - Własnych rodziców bym wkręciła, a was nie wkręcę? Cieszycie moje wredne serce, że są tacy frajerzy jak wy, na których mogę się łatwo wzbogacić.
-Wkręć Vazqueza - zaśmiał się Tello.
-Martineza - Pique puścił mi oczko.
-Zbierajcie kasę - uśmiechnęłam się pewnie i udałam do pokoju Angeliki. Szykuje mi się łatwa kasa. - Mam! - popukałam się w czoło i zadzwoniłam do Gerarda. - Podbij do dwustu. Wkręcę Filipa.
~Dajesz! - zapiał.
Po chwili wybrałam jeszcze numer Jordiego.
-Alba, zajmij czymś skutecznie Angelę. Na przykład powiedź, że chyba ma okres albo coś... Mózg jej uszami wypłynął, bo ja wiem?
~Czemu?
-Jak to zrobisz to odpalę ci trzydzieści procent z mojego zysku.
~Szacunkowo?
-Z trzysta euro? Z tendencją wzrostową.
~Wchodzę - rozłączył się. Za to go kocham. Nie pyta głupkowato o co chodzi (bo zazwyczaj akcja jest głupkowata), ale od razu przechodzi do konkretów.
Tylko otworzyłam szafę, a zadzwonił mój telefon.
~Jak się kapniemy, że to ty? - spytał Mata.
-Zaufajcie mi, kapniecie - zachichotałam.
~Ma tatuaż pod cyckami! - wrzasnął Ramos. Rozłączyłam się i wyciągnęłam biało-niebieską sukienkę. Do tego błękitne szpilki, tego samego koloru kolczyki i biały zegarek. Włosy rozczesałam i wyszłam z pokoju. Pewnym krokiem szłam przez korytarz. Minęłam niczego nie świadomego Torresa i Fabregasa. Grzecznie powiedzieli "dzień dobry" po polsku (moja szkoła!) i zniknęli w pokoju Negredo.
-Filip? - zawołałam, gdy pojawiłam się w recepcji. - FILIP?!
-Tak, kochanie? - wyłonił się zza kontuaru.
-Nie wiem gdzie jest Dagmara. Mam wrażenie, że coś knuje - wzięłam się pod boki. Kątem oka dostrzegłam, że piłkarze stoją na górze i opierają się o balustradę. Przedstawienie czas zacząć. - Czemu oni się tak patrzą? - szepnęłam.
-Nie wiem - wzruszył ramionami. - Może też szukają twojej siostry?
-Kotku - podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Przez chwilę wystraszyłam się, że wywącha, że to nie te perfumy, ale nic nie zauważył.
-Tak? - pocałował mnie w szyję. Zrobiło mi się niedobrze, ale się nie odsunęłam. Spojrzałam w górę i spojrzałam wprost w oczy Maty. Puściłam mu oczko i wstałam.
-Zaraz wrócę - weszłam po schodach na górę, minęłam piłkarzy i skierowałam się do pokoju Vazqueza. Zapukałam i czekałam aż otworzy.
-Tak? - zdziwił się nieco.
-Cześć. Możemy pogadać? - spytałam po angielsku.
-Pewnie - zaprosił mnie do środka. Weszłam i usiadłam na fotelu. Zgrabnie założyłam nogę na nogę i spojrzałam na niego wyniośle.
-To prawda, że chodziłeś z moją siostrą? - wypaliłam.
-Prawda - pokiwał głową. - Czy to coś złego?
-Nie, pewnie, że nie... - urwałam. - Czemu zerwaliście?
-Wybacz, ale uważam, że ta wiedza nie jest ci potrzebna - wstał z łóżka i otworzył drzwi.
-Och, Alvarito. Słodziak z ciebie - wypaliłam po hiszpańsku i uśmiechnęłam się szeroko.
-Dagmara! Cholera jasna! - wrzasnął. Za drzwiami rozległ się wrzask i jęk zawodu.
-Zbierajcie już kaskę - zakomunikowałam piłkarzom i udałam się do pokoju Martineza. Zapukałam, a gdy otworzył weszłam do środka. Rozejrzałam się, zlustrowałam go uważnie spojrzeniem i...
-Daga - westchnął i wziął się pod boki.
-Słucham? - skrzywiłam się.
-Gallardo - szepnął i podszedł do mnie. Pogłaskał mnie po policzku i delikatnie pocałował. Przymknęłam oczy i oparłam dłonie na jego torsie.
-Skąd wiesz? - szepnęłam.
-Popatrzyłem i po prostu wiedziałem, że to ty - uśmiechnął się zadowolony. - To się chyba nazywa intuicja.
-Ale teraz udawaj, że nie wiedziałeś. Miałam nadzieję, że wpadnie mi trochę kasy! - fuknęłam.
-Dagmara! - krzyknął. - Co to ma być?! - udawał oburzenie.
-Uwielbiam cię! - wyszczerzyłam się i cmoknęłam go w usta.
-Sukces, proszę panów! - wyszłam z pokoju. - Moja dola! - wyciągnęłam dłoń po forsę. Podali mi sporą kupkę, a ja ukłoniłam się grzecznie. - Interesy z wami to czysta przyjemność.
-DAGMARA, CO TY WYPRAWIASZ W MOICH CIUCHACH?! - doleciał mnie wrzask Angeliki.
-Ups! - syknęłam. Błyskawicznie zdjęłam buty, kolczyki i zegarek. Po chwili zsunęłam sukienkę i zniknęłam za drzwiami pokoju Javiego, zostawiając na korytarzu zszokowanych piłkarzy i wściekłą Angelę.
-Mniam - wyszczerzył się Javier. Opierałam się o drzwi i byłam w samej bieliźnie.
-Nie wyobrażaj sobie za dużo, Martinez! - prychnęłam.
-Nie pozostawiłaś zbyt wielkiego pola dla mojej wyobraźni - objął mnie w pasie i pocałował. Działo się ze mną coś dziwnego (nie chodzi o latanie w samej bieliźnie, bo to nie jest niczym szokującym), ale to, że... lgnęłam do Javiera. Lubiłam jego dotyk, sprawiał mi przyjemność. Najgorsze jest to, że mój mózg (tak, mam go) podpowiadał mi, że będę tego potrzebować. Zaczyna się niewinnie! Buziaczki, przytulanie, a potem już koniec! Potrzebuję jego uśmiechu, głosu, zapachu, zaczynam się liczyć z jego zdaniem... Nie, nie wiem tego z autopsji, bo z Vazquezem było inaczej. Od miłości do piłki, przez przyjaźń, do łóżka. No, ale go kochałam i swego czasu był dla mnie wszystkim. Tylko, wszystko się kiedyś kończy, a potem jest nowe i kto wie, czy nie lepsze?
-DAGMARA!!! - Angela załomotała w drzwi. - TYLKO STĄD WYJDŹ!!!
-Hm... - odsunęłam od siebie chłopaka. Założyłam jakąś jego koszulkę i otworzyłam balkon. Drugie piętro, widok na boiska... Wysiliłam mózg i przypomniałam sobie kto ma pokój nad Javim.
Wyciągnęłam telefon ze stanika i wybrałam numer.
-Fabregas! - syknęłam. - Zmontuj mi jakąś linę.
~Co takiego? - zdziwił się.
-Idź do swojego pokoju i zrób z czegoś linę, a potem spuść na balkon niżej!
~Pogięło cię?!
-Cesc, nie dyskutuj, bo już więcej nie przechowam ci Actimela przed bandą tych pacanów!
~Moment! - rozłączył się.
-Lina? Actimel? - za mną pojawił się Javi.
-To szczyt góry składającej się na mnie - mruknęłam. - Zaczynasz nietypowo, bo odróżnianie mnie od tego gówna co zwie się moją siostrą, jest gdzieś na dole... - zamyśliłam się. - Facet, który mnie zrozumie...
-...będziesz jego? - szepnął.
-Na zawsze - powiedziałam poważnie.
-Daga! - wysyczał Fabregas i przed moimi oczami pojawiło się prześcieradło.
-Daga! - warknął Javi, gdy zaczęłam się po tym wspinać.
-Fabregas, trzymaj i nie puszczaj! - krzyknęłam. Po niewielkich trudnościach dotarłam na górę. - Dzięki! - sapnęłam i wychyliłam się do Javiera. - Żyję! - powiedziałam zadowolona.
-Dowiem się o co chodzi? - Cesc usiadł na łóżku.
-Nie otwieraj nikomu - położyłam się obok niego i nakryłam kołdrą. - Potem ci opowiem - ziewnęłam. - Muszę się zdrzemnąć.
________________________________
La Roja! <3
Miałam na sobie czerwoną bluzę, białą bluzkę i szare spodnie. O dziwo, modele damskie. Poza tym dostałam nie muszę już chodzić w ciuchach reprezentacji, no, chyba, że podczas meczu. Do tego Adidas dostarczył całe pudło ciuchów na mój kościsty tyłek. Ucieszyło to nie tyle mnie, co piłkarzy, którym zabierałam ubrania.
-Alba mówi, że na coś czekasz - obok mnie usiadł trener. - Ponoć masz wrodzony skręt kiszek i dlatego zawsze się tak kręcisz - uśmiechnął się serdecznie.
-Alba się nie zna - mruknęłam.
-Gallardo, słucham! - klasnął w dłonie.
-Mogę jutro jechać do Warszawy na mecz Polska-Grecja? - wypaliłam i wstrzymałam oddech.
-Wniosek trafił do rozpatrzenia...Decyzja... Pozytywna - uśmiechnął się.
-Dzięki! - zapiszczałam i rzuciłam mu się na szyję. - Mister, jest pan wielki! Jadę na otwarcie! - weszłam na ławkę i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Piłkarze i kibice patrzyli na mnie dziwnie, ale miałam to gdzieś.
-Dagmara, ciebie da się wychować, co? - pociągnął mnie za rękę i zmusił, żebym usiadła. - Patrząc na ciebie wnioskuję, że gdy się wściekniesz to trzęsie się ziemia... System nagradzania, a nie karania, prawda?
-Oj, zna się pan na ludziach, trenerze - pokiwałam głową.
-Nie na darmo nim jestem - puścił mi oczko.
-Jadę! - zawołałam po polsku. - Polska, biało-czerwoni!!! - zaczęłam skakać. - Mogę ich czegoś nauczyć? - wróciłam na hiszpański.
-Możesz - pokiwał głową.
-Powtarzajcie za mną! - krzyknęłam do piłkarzy. - DO BOJU POLSKO!
-Co? - spytał Javi.
-GRECKA KURWA SIALA LA LA! - skakałam.
-Trenerze? - piłkarze bezradnie spojrzeli na del Bosque.
-JADĘ DO WARSZAWY! DO WARSZAWY! - cieszyłam się.
Angelika właśnie wyszła z hotelu i usłyszała dzikie wrzaski siostry.
-Filip! - syknęła do chłopaka, który siedział przy stoliku pod parasolem i pracował przy laptopie.
-Tak, skarbie? - uśmiechnął się.
-Słyszysz ją?!
-Słyszę - przytaknął.
-Jak to jedzie do Warszawy? Przecież ona tu pracuje! - tupnęła nogą.
-Jeżeli trener jej pozwolił to ja nie mam nic do powiedzenia - mruknął.
-Płacisz jej! Jak to nie masz!
-Już nie płacę. Hiszpanie są nią zachwyceni, zwłaszcza piłkarze, którzy nie mogą się nachwalić. Spełnia każde jej prośby. Od rana trajkocze po hiszpańsku, wszyscy się śmieją. Kotku, jest dobra. Zauważ jak płynnie przechodzi z hiszpańskiego na polski, a nawet angielski!
-Wiesz, co widziałam w nocy? - usiadła obok niego. - Prawie przeleciała jakiegoś piłkarza! - szepnęła.
-Dagmara jest dorosła, nie mamy prawa się wtrącać - wzruszył ramionami. - Poza tym to chyba ktoś może ją przelecieć, nie odwrotnie - zachichotał.
-WIO!!! - zapiszczała obok nich Daga. Ciemnowłosy chłopak niósł ją na baranach i śmiał się wesoło.
-Ten! - syknęła Angelika.
-Javier Martinez, z tego co opowiadała mi mama... - urwał, bo jego dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. - Mama czyta wszystkie plotkarskie gazety i jest na portalach w sieci. Zainteresowała się naszymi gośćmi! - wyjaśnił szybko. - Javi rozstał się z dziewczyną kilka tygodni przed Euro. Nie musisz się o nią martwić.
-Martwię się o niego. Wbrew wszystkiemu co mówi Dagmara... Ona się puszcza na lewo i prawo. Myślisz, że ja nie wiem co łączy ją i Szczęsnego? Wiem! - pokiwała głową, wstała i poszła do hotelu bez dalszych wyjaśnień.
Dzień zleciał mi w tempie ekspresowym. Spełniałam każdą zachciankę piłkarzy (nawet przyniosłam Ramosowi szpilki... No, może faktycznie zabrałam je Angeli, ale mówił, że są mu potrzebne!). Dopiero potem dowiedziałam się, że grają w jakąś głupkowatą grę.
-Daga - przede mną stanął Bartra. - Czemu jak dzwonię na recepcję to odzywa się twój głos, ale mnie nie rozumie?
-Bo to Angela - wzruszyłam ramionami. - Wiesz, ona nie kuma po hiszpańsku.
-Założę się... - obok wyłonił się Mata. - Że nie potrafisz udawać siostry.
-Podbijam! - klasnął w dłonie Silva.
-Sto euro! - zatarł ręce Cazorla.
-Chłopaczki - wzięłam się pod boki. - Własnych rodziców bym wkręciła, a was nie wkręcę? Cieszycie moje wredne serce, że są tacy frajerzy jak wy, na których mogę się łatwo wzbogacić.
-Wkręć Vazqueza - zaśmiał się Tello.
-Martineza - Pique puścił mi oczko.
-Zbierajcie kasę - uśmiechnęłam się pewnie i udałam do pokoju Angeliki. Szykuje mi się łatwa kasa. - Mam! - popukałam się w czoło i zadzwoniłam do Gerarda. - Podbij do dwustu. Wkręcę Filipa.
~Dajesz! - zapiał.
Po chwili wybrałam jeszcze numer Jordiego.
-Alba, zajmij czymś skutecznie Angelę. Na przykład powiedź, że chyba ma okres albo coś... Mózg jej uszami wypłynął, bo ja wiem?
~Czemu?
-Jak to zrobisz to odpalę ci trzydzieści procent z mojego zysku.
~Szacunkowo?
-Z trzysta euro? Z tendencją wzrostową.
~Wchodzę - rozłączył się. Za to go kocham. Nie pyta głupkowato o co chodzi (bo zazwyczaj akcja jest głupkowata), ale od razu przechodzi do konkretów.
Tylko otworzyłam szafę, a zadzwonił mój telefon.
~Jak się kapniemy, że to ty? - spytał Mata.
-Zaufajcie mi, kapniecie - zachichotałam.
~Ma tatuaż pod cyckami! - wrzasnął Ramos. Rozłączyłam się i wyciągnęłam biało-niebieską sukienkę. Do tego błękitne szpilki, tego samego koloru kolczyki i biały zegarek. Włosy rozczesałam i wyszłam z pokoju. Pewnym krokiem szłam przez korytarz. Minęłam niczego nie świadomego Torresa i Fabregasa. Grzecznie powiedzieli "dzień dobry" po polsku (moja szkoła!) i zniknęli w pokoju Negredo.
-Filip? - zawołałam, gdy pojawiłam się w recepcji. - FILIP?!
-Tak, kochanie? - wyłonił się zza kontuaru.
-Nie wiem gdzie jest Dagmara. Mam wrażenie, że coś knuje - wzięłam się pod boki. Kątem oka dostrzegłam, że piłkarze stoją na górze i opierają się o balustradę. Przedstawienie czas zacząć. - Czemu oni się tak patrzą? - szepnęłam.
-Nie wiem - wzruszył ramionami. - Może też szukają twojej siostry?
-Kotku - podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Przez chwilę wystraszyłam się, że wywącha, że to nie te perfumy, ale nic nie zauważył.
-Tak? - pocałował mnie w szyję. Zrobiło mi się niedobrze, ale się nie odsunęłam. Spojrzałam w górę i spojrzałam wprost w oczy Maty. Puściłam mu oczko i wstałam.
-Zaraz wrócę - weszłam po schodach na górę, minęłam piłkarzy i skierowałam się do pokoju Vazqueza. Zapukałam i czekałam aż otworzy.
-Tak? - zdziwił się nieco.
-Cześć. Możemy pogadać? - spytałam po angielsku.
-Pewnie - zaprosił mnie do środka. Weszłam i usiadłam na fotelu. Zgrabnie założyłam nogę na nogę i spojrzałam na niego wyniośle.
-To prawda, że chodziłeś z moją siostrą? - wypaliłam.
-Prawda - pokiwał głową. - Czy to coś złego?
-Nie, pewnie, że nie... - urwałam. - Czemu zerwaliście?
-Wybacz, ale uważam, że ta wiedza nie jest ci potrzebna - wstał z łóżka i otworzył drzwi.
-Och, Alvarito. Słodziak z ciebie - wypaliłam po hiszpańsku i uśmiechnęłam się szeroko.
-Dagmara! Cholera jasna! - wrzasnął. Za drzwiami rozległ się wrzask i jęk zawodu.
-Zbierajcie już kaskę - zakomunikowałam piłkarzom i udałam się do pokoju Martineza. Zapukałam, a gdy otworzył weszłam do środka. Rozejrzałam się, zlustrowałam go uważnie spojrzeniem i...
-Daga - westchnął i wziął się pod boki.
-Słucham? - skrzywiłam się.
-Gallardo - szepnął i podszedł do mnie. Pogłaskał mnie po policzku i delikatnie pocałował. Przymknęłam oczy i oparłam dłonie na jego torsie.
-Skąd wiesz? - szepnęłam.
-Popatrzyłem i po prostu wiedziałem, że to ty - uśmiechnął się zadowolony. - To się chyba nazywa intuicja.
-Ale teraz udawaj, że nie wiedziałeś. Miałam nadzieję, że wpadnie mi trochę kasy! - fuknęłam.
-Dagmara! - krzyknął. - Co to ma być?! - udawał oburzenie.
-Uwielbiam cię! - wyszczerzyłam się i cmoknęłam go w usta.
-Sukces, proszę panów! - wyszłam z pokoju. - Moja dola! - wyciągnęłam dłoń po forsę. Podali mi sporą kupkę, a ja ukłoniłam się grzecznie. - Interesy z wami to czysta przyjemność.
-DAGMARA, CO TY WYPRAWIASZ W MOICH CIUCHACH?! - doleciał mnie wrzask Angeliki.
-Ups! - syknęłam. Błyskawicznie zdjęłam buty, kolczyki i zegarek. Po chwili zsunęłam sukienkę i zniknęłam za drzwiami pokoju Javiego, zostawiając na korytarzu zszokowanych piłkarzy i wściekłą Angelę.
-Mniam - wyszczerzył się Javier. Opierałam się o drzwi i byłam w samej bieliźnie.
-Nie wyobrażaj sobie za dużo, Martinez! - prychnęłam.
-Nie pozostawiłaś zbyt wielkiego pola dla mojej wyobraźni - objął mnie w pasie i pocałował. Działo się ze mną coś dziwnego (nie chodzi o latanie w samej bieliźnie, bo to nie jest niczym szokującym), ale to, że... lgnęłam do Javiera. Lubiłam jego dotyk, sprawiał mi przyjemność. Najgorsze jest to, że mój mózg (tak, mam go) podpowiadał mi, że będę tego potrzebować. Zaczyna się niewinnie! Buziaczki, przytulanie, a potem już koniec! Potrzebuję jego uśmiechu, głosu, zapachu, zaczynam się liczyć z jego zdaniem... Nie, nie wiem tego z autopsji, bo z Vazquezem było inaczej. Od miłości do piłki, przez przyjaźń, do łóżka. No, ale go kochałam i swego czasu był dla mnie wszystkim. Tylko, wszystko się kiedyś kończy, a potem jest nowe i kto wie, czy nie lepsze?
-DAGMARA!!! - Angela załomotała w drzwi. - TYLKO STĄD WYJDŹ!!!
-Hm... - odsunęłam od siebie chłopaka. Założyłam jakąś jego koszulkę i otworzyłam balkon. Drugie piętro, widok na boiska... Wysiliłam mózg i przypomniałam sobie kto ma pokój nad Javim.
Wyciągnęłam telefon ze stanika i wybrałam numer.
-Fabregas! - syknęłam. - Zmontuj mi jakąś linę.
~Co takiego? - zdziwił się.
-Idź do swojego pokoju i zrób z czegoś linę, a potem spuść na balkon niżej!
~Pogięło cię?!
-Cesc, nie dyskutuj, bo już więcej nie przechowam ci Actimela przed bandą tych pacanów!
~Moment! - rozłączył się.
-Lina? Actimel? - za mną pojawił się Javi.
-To szczyt góry składającej się na mnie - mruknęłam. - Zaczynasz nietypowo, bo odróżnianie mnie od tego gówna co zwie się moją siostrą, jest gdzieś na dole... - zamyśliłam się. - Facet, który mnie zrozumie...
-...będziesz jego? - szepnął.
-Na zawsze - powiedziałam poważnie.
-Daga! - wysyczał Fabregas i przed moimi oczami pojawiło się prześcieradło.
-Daga! - warknął Javi, gdy zaczęłam się po tym wspinać.
-Fabregas, trzymaj i nie puszczaj! - krzyknęłam. Po niewielkich trudnościach dotarłam na górę. - Dzięki! - sapnęłam i wychyliłam się do Javiera. - Żyję! - powiedziałam zadowolona.
-Dowiem się o co chodzi? - Cesc usiadł na łóżku.
-Nie otwieraj nikomu - położyłam się obok niego i nakryłam kołdrą. - Potem ci opowiem - ziewnęłam. - Muszę się zdrzemnąć.
________________________________
La Roja! <3
8. Nie chodzę do łóżka z kim popadnie.
Usiadłam zmęczona na ławce przed hotelem i odetchnęłam głęboko. Tyle życzeń co dziś to nigdy nie dostałam!
-Daga... - obok mnie usadowił się Jordi Alba. Jego mina nie zwiastowała niczego dobrego.
-Co jest? - darowałam sobie złośliwości. Tak, jestem dla niego wredna i nie chroni go przed tym nawet fakt, że jest moim bratem ciotecznym.
-Podsłuchałem Angelikę jak rozmawia z Filipem... - spuścił głowę.
-Jordi! - westchnęłam. - Zwariowałeś?! Mózg ci się jeszcze popsuje od jej życiowych mądrości!
-Powiedziała, że... - przerwał. - Generalnie to podsumowała cię tak słodko, że szok.
-Dawaj, może dowiem się czegoś nowego.
-Niektóre słowa sobie zapisałem na kartce, a potem przetłumaczyłem, bo chwilami mówiła bardzo szybko i nie rozumiałem.
-Dawaj! - ponagliłam go. - Ciekawe co nowego wymyśliła.
-Nie lubisz chodzić do szkoły...
-...żadna nowość!
-...streściła twoją znajomość z Lewym i Szczęsnym. Lewego poznałaś w Legii i wędrowałaś z nim po klubach, a Szczęsnego na obozie...
-Fiu, fiu! - zagwizdałam. - Prawda! Szaleństwo! Nie skłamała!
-...poszłaś do Gdańska do liceum, żeby nie chodzić do szkoły i mieć luz tak jak chodziłaś do szkół w Krakowie, a trenowałaś w Warszawie...
-CO?! - zerwałam się z ławki. - Tak powiedziała?! - zacisnęłam pięści.
-Tak - pokiwał głową. - Nie denerwuj się!
-Ale głupia krowa! Przecież to kompletna bzdura! Poszłam do Gdańska, bo rodzice nigdy by jej samej nie puścili na drugi koniec Polski! Dzięki mnie mogła pójść do wymarzonego liceum! Miałam iść do Poznania, żeby było mi lepiej trenować! Miałam mieszkać z Lewym, ale zostawiłam to wszystko dla niej! Odpuściłam mieszkanie z Lewym dla niej!!! Spanie do południa, objadanie się czym chcę, śmianie i wysłuchiwanie jego rozkazów, patrzenie jak maślanie wygląda, gdy w pobliżu jest Anka... Wieczne wakacje przeciwko jej marzeniom... Ona by dla mnie czegoś takiego nie zrobiła- usiadłam zrezygnowana. - Czemu ona tak kłamie? Przecież to nic strasznego, żeby powiedzieć, że rodzice się o nią martwili... - westchnęłam.
-Gdyby to powiedziała to jakby wypadła w porównaniu z tobą? Jeździłaś gdzie chciałaś odkąd skończyłaś podstawówkę i nikt nie robił z tego powodu problemów.
-Powiedź jej to! Treningi wymagały ode mnie szybszego dorośnięcia i maksymalnej samodzielności! - warknęłam. - Nie moja wina, że wolała siedzieć w domu i się uczyć!
-To nie wszystko... - mruknął, a mnie zrobiło się niedobrze. - Powiedziała, że twoją życiową aspiracją jest zostanie WAG...
-KURWA! - wrzasnęłam. - Ja jej dam WAG! - wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer. - Cześć, podkradaczu truskawek! Torres, weź powiedz chłopakom, że dziś będę siedzieć na recepcji cały dzień i potem noc. Nie dzwońcie do mnie na komórkę tylko wybierajcie zero z pokojowego telefonu... A! Nie zwracajcie uwagi na mój dziwny strój, Filip mi kazał wyglądać reprezentacyjnie. Pa! - rozłączyłam się.
-To ma być twoja zemsta? - spojrzał na mnie z kipnął.
-Nie, ale to jej uprzykrzy trochę życie. Jordi... Jak ona może? - szepnęłam.
-Nie wiem - wzruszył ramionami. - Nigdy nie potrafiłem się z nią dogadać. Ja to nie rozumiem czemu ty zawsze, po tym wszystkim, masz jeszcze dla niej jakieś dobre uczucia...
-To moja siostra...
-Krzywdzi cię!
-Spierdalaj! - fuknęłam i ruszyłam na stadion. Może i Angela mnie denerwuje, nie szanuje, oczernia, robi ze mnie wariatkę, psychopatkę i Bóg jeden wie, co jeszcze, ale to moja siostra. Jedyna, więcej ich nie mam. Rani mnie jak nikt, ale ją kocham. Zahartowała mnie do życia jak nikt. Rozstanie z Alvaro nie bolało tak jak zerwanie kontaktów z nią... Jednak przywykłam. Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego.
Usiadłam na krzesełku i spojrzałam na zieloną murawę. Dlaczego piłka stała się tak ważna w moim życiu? Odpowiedź jest banalnie prosta: miałam być chłopcem. Według pierwotnych założeń i badań ginekologa moja mama miała urodzić bliźnięta. Dziewczynę Angelikę Elżbietę i chłopca Marcela Damiena. Tylko zamiast chłopca pojawiłam się ja, Dagmara Marcelina. Potem mama miała problemy, ponoć lekarze uważali, że nie będzie mogła mieć dzieci... Tato bardzo wziął to sobie do serca i chciał nas obie nauczyć grać w piłkę, ale tylko mnie się to spodobało. Co prawda po pięciu latach urodził się Rafał, po dziewięciu Hubert, a po dwunastu Leonard (to wymyśliła babcia Nuria), ale miłość do futbolu we mnie została. Oczywiście przekazałam ją braciom, ale tylko Rafał załapał o co mi chodziło. Hubert zaczynał jarzyć, ale Leo wolał grać w kosza.
-Hej - usłyszałam, a po chwili zobaczyłam sadowiącego się obok mnie Javiego. Momentalnie zapomniałam o Angelice i tym jak mnie denerwuje. Teraz martwiłam się bardziej tym, że ledwo oddycham, pocą mi się ręce i nie wiem co powiedzieć! - Wszystkiego najlepszego.
-Dzięki - mruknęłam. - Javi, przepraszam za to co... no wiesz... ja nie chciałam, żeby tak wyszło... - spojrzałam na niego. - To było chyba bardzo nieprofesjonalne, bo nie wolno robić takich rzeczy w pracy.
-Chyba nie wolno - uśmiechnął się delikatnie. - Ale mnie się tam podobało.
-Przestań! - fuknęłam.
-Daga, nie mogę przestać o tobie myśleć - szepnął i położył dłoń na moim kolanie. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, zupełnie jakby kopnął mnie prąd.
-Możesz, Martinez, masz zwidy! Wydaje ci się! Jesteś zmęczony treningami, zmianą czasu, nowym otoczeniem i masz omamy! - wypaliłam, a on się roześmiał.
-Zmianą czasu? O ile mi wiadomo w Polsce i Hiszpanii jest ta sama strefa czasowa - przysunął się bliżej.
-Nie jestem w piłkarskim świadku od wczoraj - wstałam. - Znam te numery, Martinez. Dobry bajer, smyranie, czułe słówka i laska jest twoja, co? - warknęłam. - Nie chodzę do łóżka z kim popadnie - odwróciłam się na pięcie i ruszyłam chodnikiem do hotelu.
-Ale ja też taki nie jestem! - dogonił mnie i złapał za rękę.
-Javier! - syknęłam i zamachnęłam się drugą. Zatrzymałam pięść milimetry od jego twarzy. - Moja przyjaciółka trenuje karate. Dla spokoju duszy jej i jej chłopaka, nauczyła mnie kilku ciosów do samoobrony. Było paru, którzy po nich nie wstali - skończyłam z groźnym błyskiem w oku.
-Wierzę na słowo - puścił mnie. - Dagmara, nie jestem chłopakiem, który podrywa dziewczyny "na raz". Jakby porównać mój dorobek z dorobkiem Ramosa czy Ronaldo to wypadłbym blado - powiedział cicho.
-Zaufaj mi, nie mam ochoty nic porównywać! - westchnęłam.
-Naprawdę nie potrafię przestać o tobie myśleć... - szepnął i spojrzał mi w oczy. - Nie chciałem cię tym zdenerwować.
-Nie trafiłeś w czas - usiadłam na pobliskiej ławce.
-Stało się coś? - klapnął obok mnie.
-Nic specjalnego. Moja siostra jak zwykle mi utrudnia życie. Czemu nie posłuchałam tego cichego głosiku w mojej głowie?! Mogłam zostać w Warszawie, pogadać z kumplem i poszłabym na mecze reprezentacji Polski na Stadion Narodowy i byłoby pięknie, ale nie! Odezwał się we mnie drugi patriotyzm i masz! - po policzku potoczyła mi się łza. Byłam zmęczona, niewyspana i zdołowana.
-Daga - pogłaskał mnie po ramieniu.
-Nie dotykaj mnie! - warknęłam i szybko zabrał dłoń. - Wiesz... - spojrzałam na niego. - Tylko pomogła mi w podjęciu decyzji.
-Jakiej? - zaciekawił się.
-Wyprowadzam się z Warszawy. Masz ochotę na herbatniki z Nutellą? - wstałam.
-Pewnie - pokiwał głową.
-Powiem ci... - Javi oblizał palce z czekolady. - Jesteś inna niż wszystkie laski, które do tej pory poznałem - upił łyk Pepsi.
Siedzieliśmy w hotelowej kuchni, która o drugiej w nocy świeciła pustkami.
-Tak, słyszałam to ze sto, no... Może z dwieście razy - przekręciłam oczami i zjadłam ostatniego herbatnika.
-Żadna dziewczyna nie je o tej porze czegokolwiek, a co dopiero czekolady!
-Oj, bujaj dupę - wsadziłam palec do słoika z czekoladową masą.
-Czemu taka jesteś? - oparł brodę na dłoniach i spojrzał mi w oczy.
-Jaka? - udałam, że nie wiem o co chodzi i oblizałam palucha.
-Odkąd gadamy nie jesteś wredna, złośliwa czy cyniczna. Zniknęła ta powłoka.
-Nie wiem o czym ty do mnie rozmawiasz - prychnęłam.
-Wiesz - pokiwał głową.
-Boję się zaufać ludziom - szepnęłam i zaczęłam bawić się swoimi palcami, nie patrząc na niego. - Szybko się zaprzyjaźniam, polubię, ale nie ufam. Zostawiam sobie ten dystans, margines bezpieczeństwa. Ludzie ranią, a ja nie chcę być raniona. Jest naprawdę garstka, której ufam bezgranicznie.
-Znam ich?
-Pewnie. Vazquez, Tello, Bartra, Jordi Alba, moi dziadkowie i trójka przyjaciół z Warszawy.
-To całkiem sporo.
-Sporo? - spojrzałam na niego. - Mam dwadzieścia lat i to jedyni ludzie, którym ufam. Kiedyś w tym gronie była Angelika, ale... - zeskoczyłam z krzesła. - Nie zaskoczyło.
-Dagmara - złapał mnie za rękę i wstał. - Z każdą chwilą utwierdzasz mnie w przekonaniu jak bardzo różnisz się od innych dziewczyn - pogłaskał mnie po policzku.
-Bajeruj dalej - prychnęłam.
-Tylko mi pozwól - puścił mi oczko.
-Nie rozśmieszaj mnie - mimowolnie przejechałam ręką po jego torsie. Twardy, rozpalony kamień...
-Dobra, koniec bzdur! - ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie. Świat zawirował, serce zaczęło mi walić jak szalone, oddech przyśpieszył...
Ręce Javiego zsunęły się niżej na plecy, a potem na pośladki. Z łatwością mnie uniósł i posadził na stole. Rozsunęłam nogi, a on stanął między nimi. Nasze języki połączyły się w cudownym tańcu. Jego prawa dłoń gładziła moje nagie udo, a lewa znajdowała się na plecach. Moje były gdzieś na jego torsie... pod koszulką...
-DAGMARA!!! - zapiszczało coś przeraźliwie w drzwiach.
Westchnęłam cicho i oparłam czoło na barku Javiego. Po chwili podniosłam wzrok na siostrę. Moje oczy były lodowate i chciałam, żeby nie zapomniała ich wyrazu do końca życia.
Odsunęłam od siebie chłopaka i zeskoczyłam na podłogę.
-Tak? - warknęłam.
-Co ty, na Boga, wyprawiasz?! - wysyczała.
-Szukam sobie męża piłkarza. Moją największą życiową aspiracją jest zostanie WAG. Widać, że jesteśmy bliźniaczkami. Ty wskoczyłaś do łóżka bogatego hotelarza, a ja zrobię to samo z piłkarzem - wzięłam Javiego za rękę.
-Nie masz prawa się tak do mnie odnosić! - tupnęła nogą.
-Idź stąd - powiedziałam po hiszpańsku do bruneta i popatrzyłam na niego błagalnie. Kiwnął głową i wyszedł. Odwróciłam się do Angeliki, a mój wzrok wyrażał jedynie spokój i opanowanie.
-A ty nie masz prawa robić ze mnie kogoś kim nie jestem. W oczach Filipa i wszystkich wokoło kreujesz mnie na zadufaną w sobie pindę, która ma wszystko totalnie w dupie, a ciebie to szczególnie! Wiem czemu to robisz - podeszłam bliżej. - Im gorsze zdanie o mnie, tym lepsze o tobie. Gdy ty będziesz aniołem, nikt nie uwierzy w to co mam do powiedzenia na twój temat - szepnęłam. - Pamiętaj tylko, że mam kilku zaufanych ludzi, którzy na pewno mi uwierzą. Nie powiedziałam nic przez trzy lata, to chyba znaczy, że nie mam zamiaru nic powiedzieć, prawda?
-Kto cię tam wie! - syknęła.
-Pewnie. W końcu dzięki tobie świat ma mnie za niezrównoważoną psychicznie - warknęłam. - Jak myślisz? Co wypaplam najpierw? Zdradę? - zamrugałam oczami. - Podszywanie się pode mnie? - zrobiłam słodką minę. - Seks? Czy... - urwałam. - Dziewictwo straciłam w Hiszpanii, a nie w Polsce. Mój były może ci to poświadczyć, więc nikt nie uwierzy, że spałam z Grześkiem. On sam po dziś dzień nie wie, że to byłaś ty. Wyobrażam sobie jaki był zachwycony, gdy nagle, w cudowny sposób w końcu się zgodziłam! A taka byłam oporna przez kilka poprzednich miesięcy... Angela, nie chcesz, żeby to wszyło na jaw, ale podenerwuj mnie dalej - odwróciłam się na pięcie. - A Alvaro mieszka w pokoju 312.
-Alvaro? - zdziwiła się.
-Alvaro Vazquez, byłam z nim, gdy chodziłam do liceum w Barcelonie. Sorry, że mówię teraz, ale jakoś tak wyszło - wzruszyłam ramionami i sobie poszłam.
Nienawidzę jej. Wybaczyłam jej każdy numer, ale nigdy ich nie zapomniałam... I nie zapomnę. Teraz cierpliwie poczekam aż wszystko się wyda, a wiem, że tak będzie. Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa...
-Daga... - obok mnie usadowił się Jordi Alba. Jego mina nie zwiastowała niczego dobrego.
-Co jest? - darowałam sobie złośliwości. Tak, jestem dla niego wredna i nie chroni go przed tym nawet fakt, że jest moim bratem ciotecznym.
-Podsłuchałem Angelikę jak rozmawia z Filipem... - spuścił głowę.
-Jordi! - westchnęłam. - Zwariowałeś?! Mózg ci się jeszcze popsuje od jej życiowych mądrości!
-Powiedziała, że... - przerwał. - Generalnie to podsumowała cię tak słodko, że szok.
-Dawaj, może dowiem się czegoś nowego.
-Niektóre słowa sobie zapisałem na kartce, a potem przetłumaczyłem, bo chwilami mówiła bardzo szybko i nie rozumiałem.
-Dawaj! - ponagliłam go. - Ciekawe co nowego wymyśliła.
-Nie lubisz chodzić do szkoły...
-...żadna nowość!
-...streściła twoją znajomość z Lewym i Szczęsnym. Lewego poznałaś w Legii i wędrowałaś z nim po klubach, a Szczęsnego na obozie...
-Fiu, fiu! - zagwizdałam. - Prawda! Szaleństwo! Nie skłamała!
-...poszłaś do Gdańska do liceum, żeby nie chodzić do szkoły i mieć luz tak jak chodziłaś do szkół w Krakowie, a trenowałaś w Warszawie...
-CO?! - zerwałam się z ławki. - Tak powiedziała?! - zacisnęłam pięści.
-Tak - pokiwał głową. - Nie denerwuj się!
-Ale głupia krowa! Przecież to kompletna bzdura! Poszłam do Gdańska, bo rodzice nigdy by jej samej nie puścili na drugi koniec Polski! Dzięki mnie mogła pójść do wymarzonego liceum! Miałam iść do Poznania, żeby było mi lepiej trenować! Miałam mieszkać z Lewym, ale zostawiłam to wszystko dla niej! Odpuściłam mieszkanie z Lewym dla niej!!! Spanie do południa, objadanie się czym chcę, śmianie i wysłuchiwanie jego rozkazów, patrzenie jak maślanie wygląda, gdy w pobliżu jest Anka... Wieczne wakacje przeciwko jej marzeniom... Ona by dla mnie czegoś takiego nie zrobiła- usiadłam zrezygnowana. - Czemu ona tak kłamie? Przecież to nic strasznego, żeby powiedzieć, że rodzice się o nią martwili... - westchnęłam.
-Gdyby to powiedziała to jakby wypadła w porównaniu z tobą? Jeździłaś gdzie chciałaś odkąd skończyłaś podstawówkę i nikt nie robił z tego powodu problemów.
-Powiedź jej to! Treningi wymagały ode mnie szybszego dorośnięcia i maksymalnej samodzielności! - warknęłam. - Nie moja wina, że wolała siedzieć w domu i się uczyć!
-To nie wszystko... - mruknął, a mnie zrobiło się niedobrze. - Powiedziała, że twoją życiową aspiracją jest zostanie WAG...
-KURWA! - wrzasnęłam. - Ja jej dam WAG! - wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer. - Cześć, podkradaczu truskawek! Torres, weź powiedz chłopakom, że dziś będę siedzieć na recepcji cały dzień i potem noc. Nie dzwońcie do mnie na komórkę tylko wybierajcie zero z pokojowego telefonu... A! Nie zwracajcie uwagi na mój dziwny strój, Filip mi kazał wyglądać reprezentacyjnie. Pa! - rozłączyłam się.
-To ma być twoja zemsta? - spojrzał na mnie z kipnął.
-Nie, ale to jej uprzykrzy trochę życie. Jordi... Jak ona może? - szepnęłam.
-Nie wiem - wzruszył ramionami. - Nigdy nie potrafiłem się z nią dogadać. Ja to nie rozumiem czemu ty zawsze, po tym wszystkim, masz jeszcze dla niej jakieś dobre uczucia...
-To moja siostra...
-Krzywdzi cię!
-Spierdalaj! - fuknęłam i ruszyłam na stadion. Może i Angela mnie denerwuje, nie szanuje, oczernia, robi ze mnie wariatkę, psychopatkę i Bóg jeden wie, co jeszcze, ale to moja siostra. Jedyna, więcej ich nie mam. Rani mnie jak nikt, ale ją kocham. Zahartowała mnie do życia jak nikt. Rozstanie z Alvaro nie bolało tak jak zerwanie kontaktów z nią... Jednak przywykłam. Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego.
Usiadłam na krzesełku i spojrzałam na zieloną murawę. Dlaczego piłka stała się tak ważna w moim życiu? Odpowiedź jest banalnie prosta: miałam być chłopcem. Według pierwotnych założeń i badań ginekologa moja mama miała urodzić bliźnięta. Dziewczynę Angelikę Elżbietę i chłopca Marcela Damiena. Tylko zamiast chłopca pojawiłam się ja, Dagmara Marcelina. Potem mama miała problemy, ponoć lekarze uważali, że nie będzie mogła mieć dzieci... Tato bardzo wziął to sobie do serca i chciał nas obie nauczyć grać w piłkę, ale tylko mnie się to spodobało. Co prawda po pięciu latach urodził się Rafał, po dziewięciu Hubert, a po dwunastu Leonard (to wymyśliła babcia Nuria), ale miłość do futbolu we mnie została. Oczywiście przekazałam ją braciom, ale tylko Rafał załapał o co mi chodziło. Hubert zaczynał jarzyć, ale Leo wolał grać w kosza.
-Hej - usłyszałam, a po chwili zobaczyłam sadowiącego się obok mnie Javiego. Momentalnie zapomniałam o Angelice i tym jak mnie denerwuje. Teraz martwiłam się bardziej tym, że ledwo oddycham, pocą mi się ręce i nie wiem co powiedzieć! - Wszystkiego najlepszego.
-Dzięki - mruknęłam. - Javi, przepraszam za to co... no wiesz... ja nie chciałam, żeby tak wyszło... - spojrzałam na niego. - To było chyba bardzo nieprofesjonalne, bo nie wolno robić takich rzeczy w pracy.
-Chyba nie wolno - uśmiechnął się delikatnie. - Ale mnie się tam podobało.
-Przestań! - fuknęłam.
-Daga, nie mogę przestać o tobie myśleć - szepnął i położył dłoń na moim kolanie. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, zupełnie jakby kopnął mnie prąd.
-Możesz, Martinez, masz zwidy! Wydaje ci się! Jesteś zmęczony treningami, zmianą czasu, nowym otoczeniem i masz omamy! - wypaliłam, a on się roześmiał.
-Zmianą czasu? O ile mi wiadomo w Polsce i Hiszpanii jest ta sama strefa czasowa - przysunął się bliżej.
-Nie jestem w piłkarskim świadku od wczoraj - wstałam. - Znam te numery, Martinez. Dobry bajer, smyranie, czułe słówka i laska jest twoja, co? - warknęłam. - Nie chodzę do łóżka z kim popadnie - odwróciłam się na pięcie i ruszyłam chodnikiem do hotelu.
-Ale ja też taki nie jestem! - dogonił mnie i złapał za rękę.
-Javier! - syknęłam i zamachnęłam się drugą. Zatrzymałam pięść milimetry od jego twarzy. - Moja przyjaciółka trenuje karate. Dla spokoju duszy jej i jej chłopaka, nauczyła mnie kilku ciosów do samoobrony. Było paru, którzy po nich nie wstali - skończyłam z groźnym błyskiem w oku.
-Wierzę na słowo - puścił mnie. - Dagmara, nie jestem chłopakiem, który podrywa dziewczyny "na raz". Jakby porównać mój dorobek z dorobkiem Ramosa czy Ronaldo to wypadłbym blado - powiedział cicho.
-Zaufaj mi, nie mam ochoty nic porównywać! - westchnęłam.
-Naprawdę nie potrafię przestać o tobie myśleć... - szepnął i spojrzał mi w oczy. - Nie chciałem cię tym zdenerwować.
-Nie trafiłeś w czas - usiadłam na pobliskiej ławce.
-Stało się coś? - klapnął obok mnie.
-Nic specjalnego. Moja siostra jak zwykle mi utrudnia życie. Czemu nie posłuchałam tego cichego głosiku w mojej głowie?! Mogłam zostać w Warszawie, pogadać z kumplem i poszłabym na mecze reprezentacji Polski na Stadion Narodowy i byłoby pięknie, ale nie! Odezwał się we mnie drugi patriotyzm i masz! - po policzku potoczyła mi się łza. Byłam zmęczona, niewyspana i zdołowana.
-Daga - pogłaskał mnie po ramieniu.
-Nie dotykaj mnie! - warknęłam i szybko zabrał dłoń. - Wiesz... - spojrzałam na niego. - Tylko pomogła mi w podjęciu decyzji.
-Jakiej? - zaciekawił się.
-Wyprowadzam się z Warszawy. Masz ochotę na herbatniki z Nutellą? - wstałam.
-Pewnie - pokiwał głową.
-Powiem ci... - Javi oblizał palce z czekolady. - Jesteś inna niż wszystkie laski, które do tej pory poznałem - upił łyk Pepsi.
Siedzieliśmy w hotelowej kuchni, która o drugiej w nocy świeciła pustkami.
-Tak, słyszałam to ze sto, no... Może z dwieście razy - przekręciłam oczami i zjadłam ostatniego herbatnika.
-Żadna dziewczyna nie je o tej porze czegokolwiek, a co dopiero czekolady!
-Oj, bujaj dupę - wsadziłam palec do słoika z czekoladową masą.
-Czemu taka jesteś? - oparł brodę na dłoniach i spojrzał mi w oczy.
-Jaka? - udałam, że nie wiem o co chodzi i oblizałam palucha.
-Odkąd gadamy nie jesteś wredna, złośliwa czy cyniczna. Zniknęła ta powłoka.
-Nie wiem o czym ty do mnie rozmawiasz - prychnęłam.
-Wiesz - pokiwał głową.
-Boję się zaufać ludziom - szepnęłam i zaczęłam bawić się swoimi palcami, nie patrząc na niego. - Szybko się zaprzyjaźniam, polubię, ale nie ufam. Zostawiam sobie ten dystans, margines bezpieczeństwa. Ludzie ranią, a ja nie chcę być raniona. Jest naprawdę garstka, której ufam bezgranicznie.
-Znam ich?
-Pewnie. Vazquez, Tello, Bartra, Jordi Alba, moi dziadkowie i trójka przyjaciół z Warszawy.
-To całkiem sporo.
-Sporo? - spojrzałam na niego. - Mam dwadzieścia lat i to jedyni ludzie, którym ufam. Kiedyś w tym gronie była Angelika, ale... - zeskoczyłam z krzesła. - Nie zaskoczyło.
-Dagmara - złapał mnie za rękę i wstał. - Z każdą chwilą utwierdzasz mnie w przekonaniu jak bardzo różnisz się od innych dziewczyn - pogłaskał mnie po policzku.
-Bajeruj dalej - prychnęłam.
-Tylko mi pozwól - puścił mi oczko.
-Nie rozśmieszaj mnie - mimowolnie przejechałam ręką po jego torsie. Twardy, rozpalony kamień...
-Dobra, koniec bzdur! - ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie. Świat zawirował, serce zaczęło mi walić jak szalone, oddech przyśpieszył...
Ręce Javiego zsunęły się niżej na plecy, a potem na pośladki. Z łatwością mnie uniósł i posadził na stole. Rozsunęłam nogi, a on stanął między nimi. Nasze języki połączyły się w cudownym tańcu. Jego prawa dłoń gładziła moje nagie udo, a lewa znajdowała się na plecach. Moje były gdzieś na jego torsie... pod koszulką...
-DAGMARA!!! - zapiszczało coś przeraźliwie w drzwiach.
Westchnęłam cicho i oparłam czoło na barku Javiego. Po chwili podniosłam wzrok na siostrę. Moje oczy były lodowate i chciałam, żeby nie zapomniała ich wyrazu do końca życia.
Odsunęłam od siebie chłopaka i zeskoczyłam na podłogę.
-Tak? - warknęłam.
-Co ty, na Boga, wyprawiasz?! - wysyczała.
-Szukam sobie męża piłkarza. Moją największą życiową aspiracją jest zostanie WAG. Widać, że jesteśmy bliźniaczkami. Ty wskoczyłaś do łóżka bogatego hotelarza, a ja zrobię to samo z piłkarzem - wzięłam Javiego za rękę.
-Nie masz prawa się tak do mnie odnosić! - tupnęła nogą.
-Idź stąd - powiedziałam po hiszpańsku do bruneta i popatrzyłam na niego błagalnie. Kiwnął głową i wyszedł. Odwróciłam się do Angeliki, a mój wzrok wyrażał jedynie spokój i opanowanie.
-A ty nie masz prawa robić ze mnie kogoś kim nie jestem. W oczach Filipa i wszystkich wokoło kreujesz mnie na zadufaną w sobie pindę, która ma wszystko totalnie w dupie, a ciebie to szczególnie! Wiem czemu to robisz - podeszłam bliżej. - Im gorsze zdanie o mnie, tym lepsze o tobie. Gdy ty będziesz aniołem, nikt nie uwierzy w to co mam do powiedzenia na twój temat - szepnęłam. - Pamiętaj tylko, że mam kilku zaufanych ludzi, którzy na pewno mi uwierzą. Nie powiedziałam nic przez trzy lata, to chyba znaczy, że nie mam zamiaru nic powiedzieć, prawda?
-Kto cię tam wie! - syknęła.
-Pewnie. W końcu dzięki tobie świat ma mnie za niezrównoważoną psychicznie - warknęłam. - Jak myślisz? Co wypaplam najpierw? Zdradę? - zamrugałam oczami. - Podszywanie się pode mnie? - zrobiłam słodką minę. - Seks? Czy... - urwałam. - Dziewictwo straciłam w Hiszpanii, a nie w Polsce. Mój były może ci to poświadczyć, więc nikt nie uwierzy, że spałam z Grześkiem. On sam po dziś dzień nie wie, że to byłaś ty. Wyobrażam sobie jaki był zachwycony, gdy nagle, w cudowny sposób w końcu się zgodziłam! A taka byłam oporna przez kilka poprzednich miesięcy... Angela, nie chcesz, żeby to wszyło na jaw, ale podenerwuj mnie dalej - odwróciłam się na pięcie. - A Alvaro mieszka w pokoju 312.
-Alvaro? - zdziwiła się.
-Alvaro Vazquez, byłam z nim, gdy chodziłam do liceum w Barcelonie. Sorry, że mówię teraz, ale jakoś tak wyszło - wzruszyłam ramionami i sobie poszłam.
Nienawidzę jej. Wybaczyłam jej każdy numer, ale nigdy ich nie zapomniałam... I nie zapomnę. Teraz cierpliwie poczekam aż wszystko się wyda, a wiem, że tak będzie. Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa...
7. Nic mi, kurczaki, nie jest!
Wpatrywałam się z bruneta z niedowierzaniem. Autentycznie mnie zatkało! Mnie prawie nigdy nie zatyka!
-Sorki - mruknęłam i błyskawicznie znalazłam się przy drzwiach. Już wyciągałam dłoń do klamki, gdy Javier złapał mnie za łokieć. Odwróciłam się powoli i spojrzałam wprost w jego czekoladowe oczęta.
Jeśli stąd nie wyjdę to zrobię coś bardzo głupiego, czego będę potem żałować!
Jego oczy wpatrywały się we mnie w ten sposób, że po plecach przeszedł mi dreszcz. Było mi coraz ciężej oddychać, a nogi... No, żesz! Nogi to miałam jak z waty!
Zbliżał się do mnie, milimetr po milimetrze. Zatrzymał się tuż przed moim nosem. Przymknęłam oczy (zupełnie nieświadomie!) i czekałam... Całe moje ciało czekało...
-Wołają na mnie! - wypaliłam i zanim się zorientował wypadłam na korytarz. Zaserwowałam sobie szaleńczy sprint i załomotałam do pokoju Cristiana i Marca.
-Co się stało? - wpuścił mnie do środka Tello.
-Nic! - wysapałam. - Super jest! - przyłożyłam dłonie do swoich płonących policzków. Szlag!
-Daga, ty się dobrze czujesz? - Marc zmarszczył czoło i podszedł do mnie. Położył mi dłoń na czole. - Masz gorączkę?
-Nie! Nic mi, kurczaki, nie jest! - usiadłam na łóżku.
-Brałaś co? Paliłaś? - usiadł obok Cristian.
-Chyba gorzej... - schowałam twarz w dłonie. - Miłość jest jak huragan, nie? Jak cię trzepnie to zgon...
-Zakochałaś się? - popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
-Nie! - zerwałam się. - NIE! - zamachałam mu palcem przed nosem. - Tego nie zamierzam powtarzać nigdy w życiu! Jaka ja głupia jestem! - złapałam się za głowę. - Trzeba było wtedy iść przywalić Torresowi, pograć w pocha, a nie iść się opalać!
-Dagmara? - Marc był nieco przerażony moim zachowaniem. Nie on jeden! Chociaż obaj widzieli mnie w nie lepszych akcjach.
-Nic mi nie jest. Pa! - mruknęłam i wyszłam. Wzięłam ze swojego pokoju papierosy i wyszłam. Szlam korytarzem i zapaliłam.
-Nie pal tu! - zaatakowała mnie Angelika.
-Bujaj się - warknęłam.
-Dagmara! Nie jesteś u siebie! Zachowuj się! - wysyczała.
-Bo ty za to jesteś! - spojrzałam na nią z mordem w oczach. - Dajesz mu dupy ile wlezie tylko dlatego, że masz dzięki niemu kasę! Jesteś zwykłą dziwką, która sypia z kolesiem za hajs! Może w naszym duecie to ja się nie umiem zachować, jestem krnąbrna, wredna i chamska! Tylko, że ja mam zasady, a ty? - W jej tęczówkach dostrzegłam autentyczne przerażenie. - Tamtego dnia zniszczyłaś kilka żyć, włączając w to moje i tracąc mnie bezpowrotnie. A miało być tak pięknie, co? Więc, ciesz się tym co masz teraz za dupę! Tylko jak ci się nie uda to nie przychodź do mnie z płaczem. Raz przyszłaś, a i tak zrobiłaś co chciałaś! Szkoda mojego czasu - dodałam i zbiegłam po schodach na dół.
-Dagmara, nie pal! - usłyszałam za sobą głos trenera.
-Będę na dworze - mruknęłam i wyszłam przed hotel. Usiadłam na ławce i skończyłam fajka. Nadal cała dygotałam, więc wzięłam drugiego. Podejrzewam, że mogłabym spalić całą paczkę i nie byłoby efektu.
-Cześć, nałogu! - zawołał Filip. Uśmiechnął się do mnie i wszedł do hotelu. Ciekawe co by zrobił jakby się dowiedział... Dam sobie uciąć rękę, że Angela nie potrafiłaby przewidzieć jego reakcji.
-DAGMARA! - wrzeszczało coś z góry. Nie zareagowałam. - DAAAGMAAARAAA!!! - darło się dalej. Zgasiłam szluga i wstałam.
-A co to? Napis na dropsie?! - odkrzyknęłam i zadarłam głowę w górę. Z balkonu wychylała się blond łepetyna Torresa w towarzystwie Arbeloi.
-Zagraj z nami na PlayStation! Zrobimy mistrzostwa! - uśmiechnął się blondyn.
-Skoro chcecie przegrać - wzruszyłam ramionami. - Zgoda - pokiwałam głową i weszłam do hotelu.
W nocy zakradłam się do pokoju Alvaro i usiadłam na jego łóżku. Szanowny właściciel rozłożył się niczym żaba na liściu i oglądał coś na jakimś anglojęzycznym kanale.
-Czego chcesz? - spytał niezwykle uprzejmie.
-Chowam się - mruknęłam i nakryłam się kołdrą po samą szyję.
-Chowasz? - nie załapał.
-Tak, Vazquez! - fuknęłam. - Za... - spojrzałam na swój zegarek. - Pięć minut wybije północ i rozpęta się piekło. Zanim mnie wydasz tym barbarzyńcom miej na uwadze, że z tobą spałam i robiłam różne rzeczy! - syknęłam.
-Daguś - roześmiał się wesoło. - Trzeba się było chować gdzieś indziej, bo właśnie u mnie będą cię szukać w pierwszej kolejności. Sama wiesz, że Hiszpanie lubią świętować, a świętowanie dwudziestych urodzin to naprawdę coś wielkiego - puścił mi oczko.
-Dagmara! - zaśpiewało coś pod drzwiami.
-Ja nie chcę - wyszeptałam.
-Nie ma jej tu! - krzyknął.
-Gówno prawda! - wrzasnął Torres. - Gallardo, wyłaź natychmiast!
-Nie! - rzuciłam poduszką w drzwi.
-Jesteś! - zawołał zadowolony.
-Zatopiony - podsumował Vazquez.
-STO LAT, STO LAT, NIECH ŻYJE DAGA NAM! - wyli pod drzwiami piłkarze. W tej samej chwili zaczął dzwonić mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się napis >>Robert xD <<, z jego śliczną buźką. Sama zrobiłam mu to zdjęcie po meczu, na którym miałam zaszczyt być. Nawet miałam na sobie jego żółtą koszulkę!
-Lewy! - ucieszyłam się i błyskawicznie odebrałam. - Hej!
~Najlepszego, Daguś! - powiedział na wstępie. - W końcu przestajesz być nastolatką! Życzę ci spełnienia marzeń, zdecydowania się na wyjazd do Hiszpanii, szczęśliwego zakochania i wszystkiego najlepszego, moja mała! Żałuję, że nie mogę teraz z tobą być, ale jakoś to nadrobimy.
-Dzięki, mój duży - uśmiechnęłam się. - Mam nadzieję, że zostanę chrzestną twojego pierworodnego.
~Ja też! - zaśmiał się. - Poczekaj, masz Ankę.
~Dagmarko, potworko moja! - słuchawkę przejęła narzeczona Roberta, a moja przyjaciółka. - Dołączam się do życzeń mojego wielkoluda, szczęścia! Spełnienia wszystkich marzeń!
-Dziękuję, ale moim jedynym marzeniem teraz jest jakiś super bohater, który wyciągnie mnie na jeden dzień z tego hotelu! - westchnęłam.
~Daga, dasz się sterroryzować piłkarzom? Potrafisz dojechać Wojtka, a pozwolisz im na zastraszenie cię? - zachichotała.
-Racja, Stachurska, święta racja - pokiwałam głową. - Jeszcze raz dzięki. Postaram się być na meczu z Rosją, bo na otwarcie to mnie pewnie nie puszczą.
~Strzelę dla was obu bramkę! - doleciał mnie krzyk Lewego.
~Zrób mu niespodziankę - poprosiła szeptem Anka. - Nie przyzna się, ale liczy w duchu, że się zjawisz. Wysłałam ci paczkę, na jutro powinna być.
-Postaram się i dzięki. Lecę. Kocham was - rozłączyłam się i wstałam. - Idziemy się bawić, Alvarito!
Angelika siedziała na recepcji i w milczeniu obserwowała jak po hotelu biegają piłkarze w towarzystwie jej siostry. Ciągle krzyczeli sto lat, albo układali jakieś wierszyki. Jej życzenia złożył jedynie Filip, ale dostała od niego piękną bransoletkę z diamentów. Nie chciała hucznej imprezy w przeciwieństwie do siostry.
-Tak, mały fiutku... - obok niej przemaszerowała Dagmara. Miała na sobie czarną bluzkę, czarne spodenki i zegarek. W całym stroju tylko zegarek należał do niej. Oczywiście nie miała butów, ale tym razem była też bez skarpet. - Weź, obsrańcu! Smuda nie powinien wystawiać cię w bramce, bo to wstyd dla narodu! - Ku zaskoczeniu Angeli mówiła po polsku. - Czekaj - zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na siostrę. - Wszystkiego najlepszego, Angelika - powiedziała uprzejmie. - Oby kolejne dwadzieścia było lepsze niż poprzednie. Może nie zrobisz już tego co wcześniej... Oby - powinie przyłożyła słuchawkę do ucha. - Wojtuniu, będę w Warszawie na mecz z Rosją, mam nadzieję, że wtedy cie ujrzę na trybunach - nawijała dalej.
-Viva Dagmara! - obok niej przebiegł jakiś piłkarz z puszką Pepsi.
-Hala Madrid! - zawołał kolejny.
-Wydaje mi się, czy Dagmara rozmawia z Wojtkiem Szczęsnym? - spytał Filip, który właśnie przyszedł.
-Nie wydaje, pewnie to on - westchnęła. - Moja siostra zna kilku piłkarzy polskiej reprezentacji.
-Serio? - zaciekawił się. - Kogo?
-Filip, nie patrz na nią jak na nie wiadomo kogo. Po prostu kilka razy w życiu była tam gdzie powinna i tyle - rozłożyła ręce. - Tylko oficjalnie mieszkała w Krakowie tak długo jak ja. W rzeczywistości swoje wojaże rozpoczęła w podstawówce. Odkąd sięgam pamięcią nie potrafię przypomnieć sobie wakacji z Dagmarą. Wakacje to był czas jej obozów. Na jednym z nich poznała Szczęsnego... - westchnęła. - Boże, jak oni się kłócili. To zahacza o patologię, ale w tej dziwnej kombinacji jest jakaś nuta... - zawahała się. - Sama nie wiem, ale zawsze miałam to dziwnie uczucie, że ona za nim wskoczy w ogień. Cały dzień się wyzywali, a wieczorem zasypiali oparci jedno o drugie.
-Jednak się lubią - uśmiechnął się. - Kogo jeszcze zna?
-Lewandowskiego i jego dziewczynę. Anki dziadkowie mieszkają obok naszych, a Lewy to jej kumpel z boiska. Śmiem twierdzić, że gdy dziadek zaprowadził Dagę na trening jakiegoś tam zespołu, gdy miała te sześć lat, i nie poznałaby wtedy Roberta, dziś byłaby inną osobą. A tak? W podstawówce znikała tylko na wakacje, a w gimnazjum? Po zsumowaniu była w Krakowie pewnie z trzy miesiące w ciągu roku? Grała najpierw w Legii Warszawa, potem Zniczu Pruszków, do szkoły nie chodziła, bo trenowała w Warszawie. Rodzice świecili oczami, dziadek robił datki na szkolę i się kręciło.
-Nie byłoby jej wygodniej mieszkać w Warszawie i tam chodzić do szkoły?
-Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Podejrzewam, że wolała udawać zapracowaną i nie chodzić do szkoły. Sport był dla niej ważniejszy niż edukacja.
-To czemu do liceum nie poszła do Warszawy tylko do Gdańska?
-Bo odeszła ze Znicza, trenowała w Lechu Poznań. Nie wybrała szkoły w Poznaniu z tego samego powodu co nie poszła do Warszawy - przekręciła oczami. - Czemu tak zmieniała kluby? - ubiegła jego pytanie. - Legia, Znicz i Lech? Ten powód to Robert Lewandowski. Jej przyjaciel od maleńkiego dziecka. Gdy Lewandowski przeprowadził się do Niemiec, Dagmara już rok była w Hiszpanii. On ją namawiał na piłkarskie liceum i obiecywał, że kilometry nic nie zmienią. Oczywiście nie zmieniły. Dzięki temu, że w Polsce przeszła przez tyle klubów piłkarskich, wszędzie była bardzo dobra, dostała się do Barcelony. Ot, cała historia. Szkoła to nie jest miejsce, gdzie Dagmara lubi przebywać. Teraz na przykład ma sesję, o której nie wspomniała nawet słowa, gdy proponowałeś jej pracę. Jej największą aspiracją w życiu jest zostanie WAG, wtedy nie będzie musiała nic robić.
-WAG? - wytrzeszczył oczy.
-WAG - pokiwała. - Od dziecka kręci się wokół piłkarzy, tylko czekaj i patrz jak oczaruje jakiegoś piłkarza. Wspomnisz moje słowa.
-Sorki - mruknęłam i błyskawicznie znalazłam się przy drzwiach. Już wyciągałam dłoń do klamki, gdy Javier złapał mnie za łokieć. Odwróciłam się powoli i spojrzałam wprost w jego czekoladowe oczęta.
Jeśli stąd nie wyjdę to zrobię coś bardzo głupiego, czego będę potem żałować!
Jego oczy wpatrywały się we mnie w ten sposób, że po plecach przeszedł mi dreszcz. Było mi coraz ciężej oddychać, a nogi... No, żesz! Nogi to miałam jak z waty!
Zbliżał się do mnie, milimetr po milimetrze. Zatrzymał się tuż przed moim nosem. Przymknęłam oczy (zupełnie nieświadomie!) i czekałam... Całe moje ciało czekało...
-Wołają na mnie! - wypaliłam i zanim się zorientował wypadłam na korytarz. Zaserwowałam sobie szaleńczy sprint i załomotałam do pokoju Cristiana i Marca.
-Co się stało? - wpuścił mnie do środka Tello.
-Nic! - wysapałam. - Super jest! - przyłożyłam dłonie do swoich płonących policzków. Szlag!
-Daga, ty się dobrze czujesz? - Marc zmarszczył czoło i podszedł do mnie. Położył mi dłoń na czole. - Masz gorączkę?
-Nie! Nic mi, kurczaki, nie jest! - usiadłam na łóżku.
-Brałaś co? Paliłaś? - usiadł obok Cristian.
-Chyba gorzej... - schowałam twarz w dłonie. - Miłość jest jak huragan, nie? Jak cię trzepnie to zgon...
-Zakochałaś się? - popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
-Nie! - zerwałam się. - NIE! - zamachałam mu palcem przed nosem. - Tego nie zamierzam powtarzać nigdy w życiu! Jaka ja głupia jestem! - złapałam się za głowę. - Trzeba było wtedy iść przywalić Torresowi, pograć w pocha, a nie iść się opalać!
-Dagmara? - Marc był nieco przerażony moim zachowaniem. Nie on jeden! Chociaż obaj widzieli mnie w nie lepszych akcjach.
-Nic mi nie jest. Pa! - mruknęłam i wyszłam. Wzięłam ze swojego pokoju papierosy i wyszłam. Szlam korytarzem i zapaliłam.
-Nie pal tu! - zaatakowała mnie Angelika.
-Bujaj się - warknęłam.
-Dagmara! Nie jesteś u siebie! Zachowuj się! - wysyczała.
-Bo ty za to jesteś! - spojrzałam na nią z mordem w oczach. - Dajesz mu dupy ile wlezie tylko dlatego, że masz dzięki niemu kasę! Jesteś zwykłą dziwką, która sypia z kolesiem za hajs! Może w naszym duecie to ja się nie umiem zachować, jestem krnąbrna, wredna i chamska! Tylko, że ja mam zasady, a ty? - W jej tęczówkach dostrzegłam autentyczne przerażenie. - Tamtego dnia zniszczyłaś kilka żyć, włączając w to moje i tracąc mnie bezpowrotnie. A miało być tak pięknie, co? Więc, ciesz się tym co masz teraz za dupę! Tylko jak ci się nie uda to nie przychodź do mnie z płaczem. Raz przyszłaś, a i tak zrobiłaś co chciałaś! Szkoda mojego czasu - dodałam i zbiegłam po schodach na dół.
-Dagmara, nie pal! - usłyszałam za sobą głos trenera.
-Będę na dworze - mruknęłam i wyszłam przed hotel. Usiadłam na ławce i skończyłam fajka. Nadal cała dygotałam, więc wzięłam drugiego. Podejrzewam, że mogłabym spalić całą paczkę i nie byłoby efektu.
-Cześć, nałogu! - zawołał Filip. Uśmiechnął się do mnie i wszedł do hotelu. Ciekawe co by zrobił jakby się dowiedział... Dam sobie uciąć rękę, że Angela nie potrafiłaby przewidzieć jego reakcji.
-DAGMARA! - wrzeszczało coś z góry. Nie zareagowałam. - DAAAGMAAARAAA!!! - darło się dalej. Zgasiłam szluga i wstałam.
-A co to? Napis na dropsie?! - odkrzyknęłam i zadarłam głowę w górę. Z balkonu wychylała się blond łepetyna Torresa w towarzystwie Arbeloi.
-Zagraj z nami na PlayStation! Zrobimy mistrzostwa! - uśmiechnął się blondyn.
-Skoro chcecie przegrać - wzruszyłam ramionami. - Zgoda - pokiwałam głową i weszłam do hotelu.
W nocy zakradłam się do pokoju Alvaro i usiadłam na jego łóżku. Szanowny właściciel rozłożył się niczym żaba na liściu i oglądał coś na jakimś anglojęzycznym kanale.
-Czego chcesz? - spytał niezwykle uprzejmie.
-Chowam się - mruknęłam i nakryłam się kołdrą po samą szyję.
-Chowasz? - nie załapał.
-Tak, Vazquez! - fuknęłam. - Za... - spojrzałam na swój zegarek. - Pięć minut wybije północ i rozpęta się piekło. Zanim mnie wydasz tym barbarzyńcom miej na uwadze, że z tobą spałam i robiłam różne rzeczy! - syknęłam.
-Daguś - roześmiał się wesoło. - Trzeba się było chować gdzieś indziej, bo właśnie u mnie będą cię szukać w pierwszej kolejności. Sama wiesz, że Hiszpanie lubią świętować, a świętowanie dwudziestych urodzin to naprawdę coś wielkiego - puścił mi oczko.
-Dagmara! - zaśpiewało coś pod drzwiami.
-Ja nie chcę - wyszeptałam.
-Nie ma jej tu! - krzyknął.
-Gówno prawda! - wrzasnął Torres. - Gallardo, wyłaź natychmiast!
-Nie! - rzuciłam poduszką w drzwi.
-Jesteś! - zawołał zadowolony.
-Zatopiony - podsumował Vazquez.
-STO LAT, STO LAT, NIECH ŻYJE DAGA NAM! - wyli pod drzwiami piłkarze. W tej samej chwili zaczął dzwonić mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się napis >>Robert xD <<, z jego śliczną buźką. Sama zrobiłam mu to zdjęcie po meczu, na którym miałam zaszczyt być. Nawet miałam na sobie jego żółtą koszulkę!
-Lewy! - ucieszyłam się i błyskawicznie odebrałam. - Hej!
~Najlepszego, Daguś! - powiedział na wstępie. - W końcu przestajesz być nastolatką! Życzę ci spełnienia marzeń, zdecydowania się na wyjazd do Hiszpanii, szczęśliwego zakochania i wszystkiego najlepszego, moja mała! Żałuję, że nie mogę teraz z tobą być, ale jakoś to nadrobimy.
-Dzięki, mój duży - uśmiechnęłam się. - Mam nadzieję, że zostanę chrzestną twojego pierworodnego.
~Ja też! - zaśmiał się. - Poczekaj, masz Ankę.
~Dagmarko, potworko moja! - słuchawkę przejęła narzeczona Roberta, a moja przyjaciółka. - Dołączam się do życzeń mojego wielkoluda, szczęścia! Spełnienia wszystkich marzeń!
-Dziękuję, ale moim jedynym marzeniem teraz jest jakiś super bohater, który wyciągnie mnie na jeden dzień z tego hotelu! - westchnęłam.
~Daga, dasz się sterroryzować piłkarzom? Potrafisz dojechać Wojtka, a pozwolisz im na zastraszenie cię? - zachichotała.
-Racja, Stachurska, święta racja - pokiwałam głową. - Jeszcze raz dzięki. Postaram się być na meczu z Rosją, bo na otwarcie to mnie pewnie nie puszczą.
~Strzelę dla was obu bramkę! - doleciał mnie krzyk Lewego.
~Zrób mu niespodziankę - poprosiła szeptem Anka. - Nie przyzna się, ale liczy w duchu, że się zjawisz. Wysłałam ci paczkę, na jutro powinna być.
-Postaram się i dzięki. Lecę. Kocham was - rozłączyłam się i wstałam. - Idziemy się bawić, Alvarito!
Angelika siedziała na recepcji i w milczeniu obserwowała jak po hotelu biegają piłkarze w towarzystwie jej siostry. Ciągle krzyczeli sto lat, albo układali jakieś wierszyki. Jej życzenia złożył jedynie Filip, ale dostała od niego piękną bransoletkę z diamentów. Nie chciała hucznej imprezy w przeciwieństwie do siostry.
-Tak, mały fiutku... - obok niej przemaszerowała Dagmara. Miała na sobie czarną bluzkę, czarne spodenki i zegarek. W całym stroju tylko zegarek należał do niej. Oczywiście nie miała butów, ale tym razem była też bez skarpet. - Weź, obsrańcu! Smuda nie powinien wystawiać cię w bramce, bo to wstyd dla narodu! - Ku zaskoczeniu Angeli mówiła po polsku. - Czekaj - zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na siostrę. - Wszystkiego najlepszego, Angelika - powiedziała uprzejmie. - Oby kolejne dwadzieścia było lepsze niż poprzednie. Może nie zrobisz już tego co wcześniej... Oby - powinie przyłożyła słuchawkę do ucha. - Wojtuniu, będę w Warszawie na mecz z Rosją, mam nadzieję, że wtedy cie ujrzę na trybunach - nawijała dalej.
-Viva Dagmara! - obok niej przebiegł jakiś piłkarz z puszką Pepsi.
-Hala Madrid! - zawołał kolejny.
-Wydaje mi się, czy Dagmara rozmawia z Wojtkiem Szczęsnym? - spytał Filip, który właśnie przyszedł.
-Nie wydaje, pewnie to on - westchnęła. - Moja siostra zna kilku piłkarzy polskiej reprezentacji.
-Serio? - zaciekawił się. - Kogo?
-Filip, nie patrz na nią jak na nie wiadomo kogo. Po prostu kilka razy w życiu była tam gdzie powinna i tyle - rozłożyła ręce. - Tylko oficjalnie mieszkała w Krakowie tak długo jak ja. W rzeczywistości swoje wojaże rozpoczęła w podstawówce. Odkąd sięgam pamięcią nie potrafię przypomnieć sobie wakacji z Dagmarą. Wakacje to był czas jej obozów. Na jednym z nich poznała Szczęsnego... - westchnęła. - Boże, jak oni się kłócili. To zahacza o patologię, ale w tej dziwnej kombinacji jest jakaś nuta... - zawahała się. - Sama nie wiem, ale zawsze miałam to dziwnie uczucie, że ona za nim wskoczy w ogień. Cały dzień się wyzywali, a wieczorem zasypiali oparci jedno o drugie.
-Jednak się lubią - uśmiechnął się. - Kogo jeszcze zna?
-Lewandowskiego i jego dziewczynę. Anki dziadkowie mieszkają obok naszych, a Lewy to jej kumpel z boiska. Śmiem twierdzić, że gdy dziadek zaprowadził Dagę na trening jakiegoś tam zespołu, gdy miała te sześć lat, i nie poznałaby wtedy Roberta, dziś byłaby inną osobą. A tak? W podstawówce znikała tylko na wakacje, a w gimnazjum? Po zsumowaniu była w Krakowie pewnie z trzy miesiące w ciągu roku? Grała najpierw w Legii Warszawa, potem Zniczu Pruszków, do szkoły nie chodziła, bo trenowała w Warszawie. Rodzice świecili oczami, dziadek robił datki na szkolę i się kręciło.
-Nie byłoby jej wygodniej mieszkać w Warszawie i tam chodzić do szkoły?
-Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Podejrzewam, że wolała udawać zapracowaną i nie chodzić do szkoły. Sport był dla niej ważniejszy niż edukacja.
-To czemu do liceum nie poszła do Warszawy tylko do Gdańska?
-Bo odeszła ze Znicza, trenowała w Lechu Poznań. Nie wybrała szkoły w Poznaniu z tego samego powodu co nie poszła do Warszawy - przekręciła oczami. - Czemu tak zmieniała kluby? - ubiegła jego pytanie. - Legia, Znicz i Lech? Ten powód to Robert Lewandowski. Jej przyjaciel od maleńkiego dziecka. Gdy Lewandowski przeprowadził się do Niemiec, Dagmara już rok była w Hiszpanii. On ją namawiał na piłkarskie liceum i obiecywał, że kilometry nic nie zmienią. Oczywiście nie zmieniły. Dzięki temu, że w Polsce przeszła przez tyle klubów piłkarskich, wszędzie była bardzo dobra, dostała się do Barcelony. Ot, cała historia. Szkoła to nie jest miejsce, gdzie Dagmara lubi przebywać. Teraz na przykład ma sesję, o której nie wspomniała nawet słowa, gdy proponowałeś jej pracę. Jej największą aspiracją w życiu jest zostanie WAG, wtedy nie będzie musiała nic robić.
-WAG? - wytrzeszczył oczy.
-WAG - pokiwała. - Od dziecka kręci się wokół piłkarzy, tylko czekaj i patrz jak oczaruje jakiegoś piłkarza. Wspomnisz moje słowa.
6. Nie cwaniakuj tylko mi pomóż!
Vazquez polazł po ciuchy i
przepadł! Czego ja się niby spodziewałam, co? To było do przewidzenia,
kupa kumpli, kupa żarcia i żegnam! Mogę latać z gołą dupą, byle on się
najadł i nagadał! Zero z niego pożytku, zero!
Poszłam do pokoju Jordiego i wzięłam sobie jego spodenki i bluzkę. Znowu zostałam bez butów (bo nie mogłam do niebieskiego założyć swoich czerwonych adidadków przecież!), więc posunęłam się do szaleńczej rzeczy... Poszłam do Angeli i wzięłam od niej trampki. To cud, że znalazłam tam coś takiego pośród tych wszystkich baletek i szpilek! A jakby to tak spadło z tych półek to śmierć na miejscu!
Z tego wszystkiego nie zdążyłam zjeść śniadania. Zmuszono mnie do pójścia na trening i obserwowania wszystkiego z ławeczki z boku. Paranoja!
-Miałam być tłumaczem! - zawołałam do trenera. - A nie statystą! - rozejrzałam się i popatrzyłam na te wszystkie zachwycone twarze kibiców, których wpuszczono na trybuny. Dla nich to frajda, a dla mnie? Nie wyspałam się, nie zjadłam nic, nie mam się w co ubrać! Nie tak to sobie wyobrażałam, oj nie tak...
-To tłumacz! - roześmiał się Jordi.
-Proszę państwa! - weszłam na ławkę na której siedziałam. - Jordi Alba do jedenastego roku życia nie potrafił zasnąć bez maskotki lisa, którego nazwał Panem Chytruskiem! - zawołałam po polsku.
-Zamknij się! - zapiszczał zbulwersowany.
-Daga, ale jesteś! - zarechotał Pique.
-Gerard! - wskazałam na wysokiego Katalończyka. - Wypija cztery piwa i zgon! Koniec imprezy, Geri leży brzuchem do góry i chrapie aż ziemia się trzęsie! - dodałam, a moja widownia się roześmiała.
-Dagmara, usiądź - powiedział trener, a ja momentalnie usiadłam i zamilkłam. Wyższa siła, jakiś szacunek trzeba okazać... Zwłaszcza, że niewielu osobom to pokazuje.
Angelika od dłuższego czasu obserwowała trening Hiszpanów stojąc na tarasie hotelu. Obok niej stał Filip i delikatnie głaskał ja po ramieniu.
-Zobacz, najpierw zrobiła show, a teraz śpi! - fuknęła spoglądając na siostrę, która spała na ławce i miała wszystko gdzieś. - Czy ona nie może kiedyś zachować się jak należy?!
-Kochanie, nie denerwuj się. Hiszpanie są z niej zadowoleni i ją polubili - pocałował ją w szyję. - Poza tym lepiej, żeby spała niż denerwowała chłopaków i nie pozwalała im się skupić.
-Filip, ja się po prostu boję, że będziesz miał przez nią problemy! - popatrzyła na niego z troską.
-Nie będę - uśmiechnął się. - Oddałem ją wczoraj pod zwierzchnictwo trenera. On z nią robi co chce, ja jej tylko płacę.
-To nic nie da! - założyła ręce na piersi. - To jest zadufana i zakochana w sobie egoistka! Wykorzystuje ludzi ile się da i nie ma do nikogo szacunku! Nawet nie wiesz ile łez przez nią wylałam - szepnęła i mocno się do niego przytuliła. - Są chwile, że zazdroszczę ci, że jesteś jedynakiem.
-Kochanie, patrzysz na nią przez pryzmat tego co było. Może spójrz na to co może być - objął ją.
-Co? Katastrofa? - warknęła. - Bo chyba tak dostała na trzecie imię!
-Gallardo? - usłyszałam nad sobą.
-Czego? - mruknęłam.
-Wiedziałaś, że to ja czy zawsze najpierw mówisz po hiszpańsku? - otworzyłam jedno oko i z kpiną spojrzałam na Ramosa.
-Wiatr zawiał z odpowiedniej strony i odniósł do mnie twój odór - pysknęłam i usiadłam.
-Jesteś najwredniejszą istotą jaką widziałem! - syknął i usiadł obok mnie.
-Tak? To poznałeś już moich młodszych braci? - prychnęłam.
-Co? - zadrżał i rozejrzał się w popłochu.
-Żart, lalusiu, żart - wstałam i podeszłam do trenera. - Idę na fajka - zakomunikowałam i ruszyłam w kierunku ogrodzenia, które miałam zamiar przeskoczyć.
-Nie - powiedział, a ja zamarłam w pół kroku.
-Słucham? - odwróciłam się.
-Nie będziesz palić podczas treningów.
-Ale nie mam tu nic do roboty - rozłożyłam ramionami. - Poza tym, z całym szacunkiem, ale nie jest pan moim szefem - wzruszyłam ramionami i okręciłam się na pięcie z zamiarem kontynuowania mojej podróży.
-Jestem, wczoraj Filip oddał mi twoje papiery.
-Co? - podskoczyłam. - Ale jak to? - podeszłam do niego.
-Masz obywatelstwo hiszpańskie. Dzięki temu zrobiliśmy to całkiem legalnie. Jesteś pod moim zwierzchnictwem i oficjalnie podlegasz hiszpańskiej federacji.
-No, kur! - warknęłam i zacisnęłam pięści. - Spoko - wróciłam na ławkę.
-Doceniam, że nie palisz przy chłopcach - powiedział i wrócił do treningu.
-Zabiję cię, Fifuś - syknęłam i się położyłam. Dobrze, że spać mogę.
Piłkarskie zgrupowanie, o ile nie jest się zawodnikiem, jest śmiertelnie nudne. Oni sobie ćwiczą, a ty siedź jak kasza w garnku! Dałabym wiele, żeby pośmigać teraz z nimi, ale nie mogę. Nie wolno mi zaburzać rytmu ich pracy...Ech...
Gdy w końcu mogłam iść do hotelu byłam głodna jak wilk!
Nic nie robienie wykańcza bardziej niż kilkugodzinne bieganie!
-Zajadaj! - Torres podsunął mi talerz z pomidorówką. Zjadłam. Potem były jakieś kotlety, a na deser lody. Oczywiście piłkarze mieli swoją dietę, ale ja jadłam co chciałam!
-Napchałam się jak świnia! - powiedziałam głośno. - Ale Pumba! Ty jesteś świnią! - dokończyłam tekst z bajki "Król Lew". - Było wyborne! - poklepałam się po brzuchu. - Co teraz?
-Wolne - trener puścił do mnie oczko.
-W końcu! - zerwałam się z krzesła i popędziłam do swojego pokoju. Przebrałam się w strój kąpielowy i wybiegłam na trawę przed hotelem. Rozpłaszczyłam się na kocu i zamknęłam oczy. Raj jest blisko.
-Jak się nie posmarujesz kremem to będziesz potem umierać - usłyszałam "dobrą radę".
-Tak, wiem - pokiwałam głową i zerknęłam na mojego "ratownika". - Javi, tak?
-Tak - mruknął i próbował nie patrzeć na moje ciało. To tak jakby próbował strzelić gola nie dotykając piłki.
-Jak się poparzę to przyjdę do ciebie po pomoc - uśmiechnęłam się słodko.
-Przyjdzie - zarechotał gdzieś Torres. Maszerował przez trawnik, a w łapsku trzymał miseczkę z truskawkami.
-Do ciebie na pewno się nie udam! - warknęłam i spojrzałam na Javiego. - Nie będzie tak źle, mam ciemną karnację, słońce mnie tylko dopieszcza.
-Będzie! - ryczał blondyn.
-Skrzywdzę go kiedyś - warknęłam i zamknęłam oczy.
-Jak coś to 217 - powiedział i odszedł.
Wieczorem krzywiąc się z bólu zapukałam do pokoju o numerze 217. Plecy... To już nie były moje plecy! Zasnęłam i jak na złość nikt mnie nie obudził. Trener zrezygnował z moich usług podczas treningu i w ten sposób spałam kilka godzin.
-Cześć - powitał mnie Javi.
-Ratuj mnie - weszłam do środka i położyłam się na łóżku. Zdjęłam bluzkę i usłyszałam za sobą gwizdnięcie.
-Ostrzegałem - mruknął.
-Nie cwaniakuj tylko mi pomóż! - jęknęłam.
-Zastanawia mnie jedno - usiadł obok mnie i czułam jak z uwagą wpatruje się czerwoną plamę, czyli coś co jeszcze kilka godzin temu było moimi plecami. - Jak to zrobiłaś?
-Zasnęłam, nie? - fuknęłam.
-Gdzie ci się to udało? Navas biegał dziś po hotelu z dzikimi wrzaskami, a do tego... Nie masz odbitego paska od stanika... - urwał.
-Spałam na dachu - szepnęłam. - Myślałam, że obudzę się za chwilę, a moja skóra będzie złocista...
-Daga - westchnął i wstał. - Zaraz wracam - dodał i wyszedł. Wrócił po kilkunastu minutach. - Zaboli, ale potem będzie lepiej. Nie krzycz, ok?
-Ok - zgodziłam się łaskawie. Jednak, gdy jego dłoń spoczęła na moich plecach... - AAA!!!
-Dagmara! - warknął i drugą ręką zasłonił mi usta. - Miałaś być cicho! - I tak trzymając mnie, żebym się nie wyrwała i nie narobiła zbyt wiele krzyku smarował mnie czymś po skórze. Na początku piekielnie piekło, potem jednak było coraz lepiej, aż całkiem mi przeszło. Czułam tylko taki przyjemny chłód. - Gotowe - puścił mnie i wstał.
-Dzięki - uśmiechnęłam się i rozejrzałam. - Musisz mi pomóc z czymś jeszcze...
-Muszę? Młoda, i tak masz u mnie duuuży dług - usadowił się w fotelu i patrzył na mnie zadowolony.
-Javier! - warknęłam. - Teraz to serio musisz.
-Muszę? - w zabawny sposób uniósł jedną brew do góry.
-Tak, bo jak mi nie dasz jakiejś koszuli to będę tu nocować! Z gołymi cyckami po hotelu nie zamierzam śmigać! - fuknęłam.
-A, o to chodzi - wstał i podszedł do szafy. - Jaki kolor?
-Daj cokolwiek - mruknęłam i usiadłam zasłaniając biust rękoma. Jakby zobaczyła mnie teraz Angela to pewnie by mnie zabiła... Ale mnie nie widzi.
-Jesteś pierwszą kobietą, która odpowiada w ten sposób na to pytanie - zaśmiał się.
-Aż tak wielu laskom zadajesz to pytanie?
-Czarna - zignorował moje słowa i podszedł do mnie.
-Włóż przez głowę - powiedziałam i wstałam. Czułam na sobie jego spojrzenie i... Kurczę, było mi tak dziwnie! Jak pokazywałam tatuaż Ramosowi to było mi rybka co sobie pomyśli, a teraz...
-Nie sądziłem, że możesz wyglądać tak niewinnie - szepnął i nałożył na mnie koszulkę.
-Pozory mylą, co? - mruknęłam i wsunęłam ręce w rękawy. Patrzył na mnie tak, że aż zrobiło mi się gorąco, ale bynajmniej nie od spalonej skóry.
-Co to? - wskazał tatuaż na prawej stronie podbrzusza. Podczas nakładania bluzka się podwinęła, a jeszcze jak wiązałam włosy w kitkę to już całkiem. - A. serduszko 6.9.2009 serduszko Barcelona.
-Tego dnia poznałam Vazqueza i od tego dnia moje życie się całkiem zmieniło - wzruszyłam ramionami. - Potem przyszedł Tello, Bartra...
-Alvaro to ktoś ważny dla ciebie? - Ciągle patrzył na mnie uważnie, co nie pomagało mi w myśleniu.
-Teraz tak samo ważny jak Cristian i Marc. Kiedyś był bardziej, ale to kiedyś - uśmiechnęłam się słabo.
-Byliście razem? - spytał, a ja westchnęłam.
-Tak, prawie dwa lata, ale nie wyszło. Dziś jesteśmy w pierwszej fazie naszej znajomości i dobrze mi z tym. Vazquez jako przyjaciel nie wkurza mnie tak jak chłopak.
-Czemu? - zaśmiał się.
-Nie masz takich wymagań. Nie oczekujesz tak wiele, a potem nie ma rozczarowań. Jak czegoś nie zrobi to bez ceregieli go ochrzanię, a potem nie mam jakiś strasznych wyrzutów sumienia. "A." na tatuażu to po prostu "Amigos". Dzięki za pomoc - uśmiechnęłam się.
-Polecam się na przyszłość - puścił mi oczko.
-Mam nadzieję, że nie... - chciałam się odwrócić i wyjść, ale w ostatniej chwili wspięłam się na palce z zamiarem cmoknięcia go w policzek... Tylko, że Javi przekręcił głowę a ja trafiłam w usta...

Oto główny bohater ;D
JAVIER MARTINEZ
Poszłam do pokoju Jordiego i wzięłam sobie jego spodenki i bluzkę. Znowu zostałam bez butów (bo nie mogłam do niebieskiego założyć swoich czerwonych adidadków przecież!), więc posunęłam się do szaleńczej rzeczy... Poszłam do Angeli i wzięłam od niej trampki. To cud, że znalazłam tam coś takiego pośród tych wszystkich baletek i szpilek! A jakby to tak spadło z tych półek to śmierć na miejscu!
Z tego wszystkiego nie zdążyłam zjeść śniadania. Zmuszono mnie do pójścia na trening i obserwowania wszystkiego z ławeczki z boku. Paranoja!
-Miałam być tłumaczem! - zawołałam do trenera. - A nie statystą! - rozejrzałam się i popatrzyłam na te wszystkie zachwycone twarze kibiców, których wpuszczono na trybuny. Dla nich to frajda, a dla mnie? Nie wyspałam się, nie zjadłam nic, nie mam się w co ubrać! Nie tak to sobie wyobrażałam, oj nie tak...
-To tłumacz! - roześmiał się Jordi.
-Proszę państwa! - weszłam na ławkę na której siedziałam. - Jordi Alba do jedenastego roku życia nie potrafił zasnąć bez maskotki lisa, którego nazwał Panem Chytruskiem! - zawołałam po polsku.
-Zamknij się! - zapiszczał zbulwersowany.
-Daga, ale jesteś! - zarechotał Pique.
-Gerard! - wskazałam na wysokiego Katalończyka. - Wypija cztery piwa i zgon! Koniec imprezy, Geri leży brzuchem do góry i chrapie aż ziemia się trzęsie! - dodałam, a moja widownia się roześmiała.
-Dagmara, usiądź - powiedział trener, a ja momentalnie usiadłam i zamilkłam. Wyższa siła, jakiś szacunek trzeba okazać... Zwłaszcza, że niewielu osobom to pokazuje.
Angelika od dłuższego czasu obserwowała trening Hiszpanów stojąc na tarasie hotelu. Obok niej stał Filip i delikatnie głaskał ja po ramieniu.
-Zobacz, najpierw zrobiła show, a teraz śpi! - fuknęła spoglądając na siostrę, która spała na ławce i miała wszystko gdzieś. - Czy ona nie może kiedyś zachować się jak należy?!
-Kochanie, nie denerwuj się. Hiszpanie są z niej zadowoleni i ją polubili - pocałował ją w szyję. - Poza tym lepiej, żeby spała niż denerwowała chłopaków i nie pozwalała im się skupić.
-Filip, ja się po prostu boję, że będziesz miał przez nią problemy! - popatrzyła na niego z troską.
-Nie będę - uśmiechnął się. - Oddałem ją wczoraj pod zwierzchnictwo trenera. On z nią robi co chce, ja jej tylko płacę.
-To nic nie da! - założyła ręce na piersi. - To jest zadufana i zakochana w sobie egoistka! Wykorzystuje ludzi ile się da i nie ma do nikogo szacunku! Nawet nie wiesz ile łez przez nią wylałam - szepnęła i mocno się do niego przytuliła. - Są chwile, że zazdroszczę ci, że jesteś jedynakiem.
-Kochanie, patrzysz na nią przez pryzmat tego co było. Może spójrz na to co może być - objął ją.
-Co? Katastrofa? - warknęła. - Bo chyba tak dostała na trzecie imię!
-Gallardo? - usłyszałam nad sobą.
-Czego? - mruknęłam.
-Wiedziałaś, że to ja czy zawsze najpierw mówisz po hiszpańsku? - otworzyłam jedno oko i z kpiną spojrzałam na Ramosa.
-Wiatr zawiał z odpowiedniej strony i odniósł do mnie twój odór - pysknęłam i usiadłam.
-Jesteś najwredniejszą istotą jaką widziałem! - syknął i usiadł obok mnie.
-Tak? To poznałeś już moich młodszych braci? - prychnęłam.
-Co? - zadrżał i rozejrzał się w popłochu.
-Żart, lalusiu, żart - wstałam i podeszłam do trenera. - Idę na fajka - zakomunikowałam i ruszyłam w kierunku ogrodzenia, które miałam zamiar przeskoczyć.
-Nie - powiedział, a ja zamarłam w pół kroku.
-Słucham? - odwróciłam się.
-Nie będziesz palić podczas treningów.
-Ale nie mam tu nic do roboty - rozłożyłam ramionami. - Poza tym, z całym szacunkiem, ale nie jest pan moim szefem - wzruszyłam ramionami i okręciłam się na pięcie z zamiarem kontynuowania mojej podróży.
-Jestem, wczoraj Filip oddał mi twoje papiery.
-Co? - podskoczyłam. - Ale jak to? - podeszłam do niego.
-Masz obywatelstwo hiszpańskie. Dzięki temu zrobiliśmy to całkiem legalnie. Jesteś pod moim zwierzchnictwem i oficjalnie podlegasz hiszpańskiej federacji.
-No, kur! - warknęłam i zacisnęłam pięści. - Spoko - wróciłam na ławkę.
-Doceniam, że nie palisz przy chłopcach - powiedział i wrócił do treningu.
-Zabiję cię, Fifuś - syknęłam i się położyłam. Dobrze, że spać mogę.
Piłkarskie zgrupowanie, o ile nie jest się zawodnikiem, jest śmiertelnie nudne. Oni sobie ćwiczą, a ty siedź jak kasza w garnku! Dałabym wiele, żeby pośmigać teraz z nimi, ale nie mogę. Nie wolno mi zaburzać rytmu ich pracy...Ech...
Gdy w końcu mogłam iść do hotelu byłam głodna jak wilk!
Nic nie robienie wykańcza bardziej niż kilkugodzinne bieganie!
-Zajadaj! - Torres podsunął mi talerz z pomidorówką. Zjadłam. Potem były jakieś kotlety, a na deser lody. Oczywiście piłkarze mieli swoją dietę, ale ja jadłam co chciałam!
-Napchałam się jak świnia! - powiedziałam głośno. - Ale Pumba! Ty jesteś świnią! - dokończyłam tekst z bajki "Król Lew". - Było wyborne! - poklepałam się po brzuchu. - Co teraz?
-Wolne - trener puścił do mnie oczko.
-W końcu! - zerwałam się z krzesła i popędziłam do swojego pokoju. Przebrałam się w strój kąpielowy i wybiegłam na trawę przed hotelem. Rozpłaszczyłam się na kocu i zamknęłam oczy. Raj jest blisko.
-Jak się nie posmarujesz kremem to będziesz potem umierać - usłyszałam "dobrą radę".
-Tak, wiem - pokiwałam głową i zerknęłam na mojego "ratownika". - Javi, tak?
-Tak - mruknął i próbował nie patrzeć na moje ciało. To tak jakby próbował strzelić gola nie dotykając piłki.
-Jak się poparzę to przyjdę do ciebie po pomoc - uśmiechnęłam się słodko.
-Przyjdzie - zarechotał gdzieś Torres. Maszerował przez trawnik, a w łapsku trzymał miseczkę z truskawkami.
-Do ciebie na pewno się nie udam! - warknęłam i spojrzałam na Javiego. - Nie będzie tak źle, mam ciemną karnację, słońce mnie tylko dopieszcza.
-Będzie! - ryczał blondyn.
-Skrzywdzę go kiedyś - warknęłam i zamknęłam oczy.
-Jak coś to 217 - powiedział i odszedł.
Wieczorem krzywiąc się z bólu zapukałam do pokoju o numerze 217. Plecy... To już nie były moje plecy! Zasnęłam i jak na złość nikt mnie nie obudził. Trener zrezygnował z moich usług podczas treningu i w ten sposób spałam kilka godzin.
-Cześć - powitał mnie Javi.
-Ratuj mnie - weszłam do środka i położyłam się na łóżku. Zdjęłam bluzkę i usłyszałam za sobą gwizdnięcie.
-Ostrzegałem - mruknął.
-Nie cwaniakuj tylko mi pomóż! - jęknęłam.
-Zastanawia mnie jedno - usiadł obok mnie i czułam jak z uwagą wpatruje się czerwoną plamę, czyli coś co jeszcze kilka godzin temu było moimi plecami. - Jak to zrobiłaś?
-Zasnęłam, nie? - fuknęłam.
-Gdzie ci się to udało? Navas biegał dziś po hotelu z dzikimi wrzaskami, a do tego... Nie masz odbitego paska od stanika... - urwał.
-Spałam na dachu - szepnęłam. - Myślałam, że obudzę się za chwilę, a moja skóra będzie złocista...
-Daga - westchnął i wstał. - Zaraz wracam - dodał i wyszedł. Wrócił po kilkunastu minutach. - Zaboli, ale potem będzie lepiej. Nie krzycz, ok?
-Ok - zgodziłam się łaskawie. Jednak, gdy jego dłoń spoczęła na moich plecach... - AAA!!!
-Dagmara! - warknął i drugą ręką zasłonił mi usta. - Miałaś być cicho! - I tak trzymając mnie, żebym się nie wyrwała i nie narobiła zbyt wiele krzyku smarował mnie czymś po skórze. Na początku piekielnie piekło, potem jednak było coraz lepiej, aż całkiem mi przeszło. Czułam tylko taki przyjemny chłód. - Gotowe - puścił mnie i wstał.
-Dzięki - uśmiechnęłam się i rozejrzałam. - Musisz mi pomóc z czymś jeszcze...
-Muszę? Młoda, i tak masz u mnie duuuży dług - usadowił się w fotelu i patrzył na mnie zadowolony.
-Javier! - warknęłam. - Teraz to serio musisz.
-Muszę? - w zabawny sposób uniósł jedną brew do góry.
-Tak, bo jak mi nie dasz jakiejś koszuli to będę tu nocować! Z gołymi cyckami po hotelu nie zamierzam śmigać! - fuknęłam.
-A, o to chodzi - wstał i podszedł do szafy. - Jaki kolor?
-Daj cokolwiek - mruknęłam i usiadłam zasłaniając biust rękoma. Jakby zobaczyła mnie teraz Angela to pewnie by mnie zabiła... Ale mnie nie widzi.
-Jesteś pierwszą kobietą, która odpowiada w ten sposób na to pytanie - zaśmiał się.
-Aż tak wielu laskom zadajesz to pytanie?
-Czarna - zignorował moje słowa i podszedł do mnie.
-Włóż przez głowę - powiedziałam i wstałam. Czułam na sobie jego spojrzenie i... Kurczę, było mi tak dziwnie! Jak pokazywałam tatuaż Ramosowi to było mi rybka co sobie pomyśli, a teraz...
-Nie sądziłem, że możesz wyglądać tak niewinnie - szepnął i nałożył na mnie koszulkę.
-Pozory mylą, co? - mruknęłam i wsunęłam ręce w rękawy. Patrzył na mnie tak, że aż zrobiło mi się gorąco, ale bynajmniej nie od spalonej skóry.
-Co to? - wskazał tatuaż na prawej stronie podbrzusza. Podczas nakładania bluzka się podwinęła, a jeszcze jak wiązałam włosy w kitkę to już całkiem. - A. serduszko 6.9.2009 serduszko Barcelona.
-Tego dnia poznałam Vazqueza i od tego dnia moje życie się całkiem zmieniło - wzruszyłam ramionami. - Potem przyszedł Tello, Bartra...
-Alvaro to ktoś ważny dla ciebie? - Ciągle patrzył na mnie uważnie, co nie pomagało mi w myśleniu.
-Teraz tak samo ważny jak Cristian i Marc. Kiedyś był bardziej, ale to kiedyś - uśmiechnęłam się słabo.
-Byliście razem? - spytał, a ja westchnęłam.
-Tak, prawie dwa lata, ale nie wyszło. Dziś jesteśmy w pierwszej fazie naszej znajomości i dobrze mi z tym. Vazquez jako przyjaciel nie wkurza mnie tak jak chłopak.
-Czemu? - zaśmiał się.
-Nie masz takich wymagań. Nie oczekujesz tak wiele, a potem nie ma rozczarowań. Jak czegoś nie zrobi to bez ceregieli go ochrzanię, a potem nie mam jakiś strasznych wyrzutów sumienia. "A." na tatuażu to po prostu "Amigos". Dzięki za pomoc - uśmiechnęłam się.
-Polecam się na przyszłość - puścił mi oczko.
-Mam nadzieję, że nie... - chciałam się odwrócić i wyjść, ale w ostatniej chwili wspięłam się na palce z zamiarem cmoknięcia go w policzek... Tylko, że Javi przekręcił głowę a ja trafiłam w usta...
___________________________________
Oto główny bohater ;D
JAVIER MARTINEZ
Subskrybuj:
Posty (Atom)